Łoziński: Gdy rozum śpi budzą się PiS-iory

| 12 Lut 2013  10:10 | Brak komentarzy

Redak­cja „Kon­tra­tek­stów” posta­no­wiła cyklicz­nie publi­ko­wać odkła­my­wacz do PiS-u, czyli mate­riał pro­stu­jący wszel­kie kłam­stwa tej par­tii, a jest ich nie­mało. „Stu­dio Opi­nii” podej­muje tę ini­cja­tywę. Dziś część pierw­sza – kłam­stwa smoleńskie.

Oczy­wi­ście nie wie­rzę, że prze­ko­nam ludzi zacza­dzo­nych PiS-em. Są oni science proof – ide­al­nie odporni na wie­dzę. Tekst adre­suję do ludzi sko­ło­wa­nych, któ­rzy nie wie­dzą, co myśleć, bo nie mają „mat-fizycznego”, czy tech­nicz­nego, wykształ­ce­nia, a sły­szą face­tów plo­tą­cych bred­nie i tytu­łu­ją­cych się „pro­fe­so­rami fizyki” i „eks­per­tami”. Tekst może być dla nich trudny, ale sta­ra­łem się napi­sać tak, by każdy, kto uczył się fizyki i che­mii na pozio­mie szkoły śred­niej, mógł go zro­zu­mieć. Dla fizy­ków i che­mi­ków nie­które frag­menty mogą być za daleko uprosz­czone, ale pro­szę o wyba­cze­nie – to musi być zro­zu­miałe dla innych, także dla humanistów.

Kon­fe­ren­cja stu, czyli dwu­dzie­stu siedmiu

Ostat­nio stron­nicy PiS ura­czyli nas trzema nieco dziw­nymi wyda­rze­niami. Była to rze­koma „kon­fe­ren­cja naukowa stu pro­fe­so­rów”, któ­rzy mieli potwier­dzać teo­rię o smo­leń­skim wybu­chu, oraz odkry­cie tro­tylu we wraku TU-154, ale nie przez śled­czych, tylko przez pro­pa­gan­dy­stów, dla nie­po­znaki nazy­wa­nych dzien­ni­ka­rzami. Kolejne wyda­rze­nie to „Kon­fe­ren­cja na Uni­wer­sy­te­cie Ste­fana Wyszyń­skiego”. Z tym ostat­nim wyda­rze­niem uni­wer­sy­tet miał tyle wspól­nego, że wyna­jął salę, a heca była typo­wym Orwel­low­skim sean­sem nie­na­wi­ści, nie mają­cym już nic wspól­nego z nauką.

Kon­fe­ren­cja (pierw­sza) jest przed­sta­wiana jako „kon­fe­ren­cja stu pro­fe­so­rów”, pod­czas gdy pre­le­gen­tów było 27, w tym tylko kilku pro­fe­so­rów, naj­czę­ściej spe­cja­li­stów nie na temat (nikt poważny nie liczy do uczest­ni­ków kon­fe­ren­cji widzów na sali, zwłasz­cza że nie wia­domo, jakie mają zda­nie, bo w dys­ku­sji udziału nie biorą, a już na pewno nie wszy­scy). Sądząc z prze­biegu i wypo­wie­dzi, był to raczej PiS-owski wiec, niż kon­fe­ren­cja, a z nauką miało to wybit­nie mało wspól­nego. Przy­kła­dem „symu­la­cje” Biniendy (inży­niera, nauczy­ciela budow­nic­twa lądo­wego w college´u).

To, czego brak w tych „eks­per­ty­zach”, to brak eks­per­tyzy. Eks­per­tyza polega na tym, że można wszyst­kie fakty i obli­cze­nia spraw­dzić, krok po kroku. Wszyst­kie dzia­ła­nia są jawne. Tym­cza­sem w przy­padku „eks­per­tyzy” Biniendy mamy tylko fil­mik ani­mo­wany w gra­fice kom­pu­te­ro­wej, zwany „symu­la­cją”. Aby obja­śnić naj­bar­dziej opor­nym: Pro­gram użyty przez Biniendę liczy i prze­kłada na gra­fikę takie liczby, jakie mu się w zbio­rze star­to­wym zada. Można mu też zadać takie liczby, by poka­zał, że samo­lot pole­ciał w kosmos, lub latał pod zie­mią. W tym przy­padku Binienda z upo­rem nie ujaw­nia zbioru star­to­wego, czyli nie ujaw­nia tego, co kazał kom­pu­te­rowi liczyć. Przed­sta­wia tylko obrazki i fil­mik w gra­fice. Ist­nieje więc podej­rze­nie, że zadał dane star­towe dobrane pod z góry zało­żony wynik (czy­taj: fałszywe).

Kom­pu­ter to tylko zupeł­nie głu­pia maszyna, która liczy tylko to, co czło­wiek jej kazał. Gdy wpro­wa­dzi się w zbio­rze star­to­wym nie­praw­dziwe dane, to dosta­nie się nie­praw­dziwy wynik. Albo jesz­cze pro­ściej: jeśli spy­tamy was: ile jest dwa plus dwa, oraz: ile jest dwa plus trzy, odpo­wie­cie naj­pierw 4, a póź­niej 5. Metoda Biniendy polega na mówie­niu: „wyszło 5″ i zata­je­niu tre­ści pyta­nia. Zresztą pewne nie­prawdy w „eks­per­ty­zie” Biniendy wydać gołym okiem: teren u niego jest pła­ski, pod­czas gdy rze­czy­wi­sty się wzno­sił, na jego tere­nie nie ma żad­nych prze­szkód, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści są. Roz­ba­wiła mnie dodat­kowo jego osta­nia wypo­wiedź, że spraw­dził swoją symu­la­cję „na wszyst­kich kom­pu­te­rach w sta­nie Ohio”. Prze­cież nie o liczbę kom­pu­te­rów tu cho­dzi. Gdy wszyst­kim kom­pu­te­rom poda się te same fał­szywe dane, to dosta­nie się ten sam fał­szywy wynik.

To samo można odnieść do ”eks­per­tyz” Szu­la­dziń­skiego i Nowa­czyka. To są goło­słowne oświad­cze­nia na zasa­dzie „ja tak mówię”. Gada­nie, że roz­rzut szcząt­ków „jest cha­rak­te­ry­styczny”, to tylko gada­nie, bo nie wia­domo, na czym ta „cha­rak­te­ry­stycz­ność” ma pole­gać. Aby to było eks­per­tyzą rze­czy­wi­ście, trzeba przy­to­czyć obli­cze­nia, które dowiodą, że na sku­tek wybu­chu dzia­łała na te ele­menty w kon­kret­nym punk­cie kon­kretna siła o wyni­ka­ją­cych z obli­czeń kie­runku, war­to­ści i zwro­cie i wła­śnie dla­tego ten ele­ment zna­lazł się w tym miejscu.

Gene­ral­nie, meto­dyka naukowa polega na trzech kro­kach: pierw­szy – zebra­nie fak­tów empi­rycz­nych, czyli danych, w tym przy­padku licz­bo­wego opisu śla­dów. Krok drugi, to budowa teo­rii opar­tej na tych fak­tach. Taką teo­rią może być też symu­la­cja kom­pu­te­rowa. Krok trzeci to spraw­dze­nie, czy otrzy­mane wyniki zga­dzają się z fak­tami empi­rycz­nymi, zwłasz­cza z tymi, które według teo­rii powinny wystą­pić, a myśmy ich nie zauwa­żyli. Spraw­dzamy: są – teo­ria jest trafna; nie ma – teo­ria jest do bani. W tym przy­padku mamy do czy­nie­nia z teo­riami, które prze­czą fak­tom empi­rycz­nym (np. brzoza się zła­mała, żadne przy­rządy nie zano­to­wały skoku ciśnie­nia, piloci roz­ma­wiali i krzy­czeli – czyli żyli, mar­twy nie krzy­czy – aż do ude­rze­nia w zie­mię), a auto­rzy tych teo­rii gło­szą, że to tym gorzej dla fak­tów. W dodatku żaden z nich nie ma dostępu do śla­dów, które w pierw­szym kroku powi­nien prze­ło­żyć na liczby. Pra­wi­dłowa eks­per­tyza powinna zawie­rać obli­cze­nia, które można spraw­dzić, a nie wyłącz­nie wynik, który nie wia­domo, skąd się wziął.

Eks­perci powinni też być nie­za­leżni od stron sporu. Tym­cza­sem żona Wie­sława Biniendy, Mał­go­rzata Szonert-Binienda jest zatrud­niona prze PiS-owskie „rodziny smo­leń­skie” (czy­taj przez PiS) jako adwo­kat w spra­wie Smo­leń­ska w USA, gdzie nie toczy się na ten temat żadne postę­po­wa­nie i raczej nigdy się toczyć nie będzie (więc po co adwo­kat?). Sta­wia to obiek­ty­wizm inży­niera Biniendy pod zna­kiem zapy­ta­nia. Jego wia­ry­god­ność pod­waża też to, że przez wiele mie­sięcy poda­wał się za kogo innego, niż jest – za pro­fe­sora fizyki na uni­wer­sy­te­cie i eks­perta NASA. Tym­cza­sem na wydziale fizyki nigdy nie stu­dio­wał, nie ma habi­li­ta­cji, a dla NASA wyko­ny­wał jedy­nie mało istotne prace zle­cone, jak i tysiące innych inży­nie­rów i naukow­ców z całego świata. Ostat­nio poda­wał się za „spe­cja­li­stę inży­nie­rii cywil­nej”, choć Wie­sław Binienda dobrze zna język angiel­ski i wie, że civil engi­ne­ering to po pol­sku inży­nie­ria lądowa a nie „cywilna”, ale cywilna brzmi lepiej i można uda­wać speca od samo­lo­tów, a nie od wia­duk­tów, nasy­pów i przy­droż­nych rowów.

I jesz­cze dwie uwagi na koniec tego wątku:

Histo­ria zna wielu praw­dzi­wych naukow­ców, któ­rzy zacza­dzeni oszo­łom­ską ide­olo­gią, albo słu­żyli tyra­nom, albo two­rzyli pseu­do­naukę razem z szar­la­ta­nami w rodzaju Łysenki. Bomby ato­mowe dla Hitlera (nie­sku­tecz­nie) i Sta­lina two­rzyli naprawdę wybitni fizycy. Inni pod dyk­tando tyra­nów ple­tli o fizyce kom­pletne bzdury, zaprze­cza­jąc, na przy­kład teo­rii względ­no­ści lub gene­tyce. Takie wieco-konferencje to nie­stety w histo­rii nic nowego.

Tu histo­ryczna dygre­sja: Him­m­ler był obse­syj­nie owład­nięty pomy­słem, by teo­rie nazi­stów o wyż­szo­ści rasy ger­mań­skiej uza­sad­nić na pod­sta­wie dzieł Tacyta. W tym celu zaan­ga­żo­wał ogromne środki w poszu­ki­wa­nie ory­gi­na­łów pism Tacyta, choć wia­domo było, że znisz­czono je wieki temu. Wia­domo było też, że Tacyt o Ger­ma­nach wyra­żał się nie­zbyt pochleb­nie (gnu­śni, leniwi itp.), ale Him­m­ler uwa­żał, że znaj­dzie w jego dzie­łach opis walecz­nych wojow­ni­ków. Zor­ga­ni­zo­wał więc spe­cjalny pseudo-naukowy zespół. Jeden z histo­ry­ków opi­sał ten zespół jako: „zło­żony z praw­dzi­wych naukow­ców zaprze­da­nych fał­szy­wej idei i two­rzą­cych fał­szywą naukę, oraz z praw­dzi­wych waria­tów”. Coś mi to przy­po­mina pewien zespół funk­cjo­nu­jący obec­nie w naszym kraju. I jed­nym i dru­gim fakty zupeł­nie nie prze­szka­dzają w two­rze­niu pseu­do­nau­ko­wych teorii.

Uwaga druga: gdy napi­sa­łem arty­kuł ujaw­nia­jący, że Wie­sław Binienda nie jest pro­fe­so­rem fizyki i eks­per­tem NASA, oraz wska­za­łem kilka, spo­śród wielu, non­sen­sów w tym, co głosi, nie było żad­nej dys­ku­sji na argu­menty. Zosta­łem w PiS-owskich mediach obrzu­cony nie­wy­bred­nymi obe­lgami i oszczer­stwami. To naj­do­bit­niej dowo­dzi, że nie o naukę i prawdę tu cho­dzi, tylko o mio­ta­nie oszczerstw wobec tych, któ­rzy nie uznają geniu­szu Jaro­sława Zba­wi­ciela oraz jego „nauko­wych” kla­kie­rów. I nie o prawdę tu cho­dzi (mimo cią­głego wrza­sku: „żądamy prawdy!”), lecz o udo­wod­nie­nie cho­rych uro­jeń Kaczyń­skiego i Macie­re­wi­cza na pod­sta­wie beł­kotu rze­ko­mych „ekspertów”.

Wir­tu­alny trotyl

Przejdźmy do wątku dru­giego, czyli tro­tylu w „Rzecz­po­spo­li­tej”, bo prze­cież nie we wraku. Auto­rzy tego tek­stu nie „pomy­lili się”, tylko nakła­mali. Bo prze­cież śled­czy wcale mate­ria­łów wybu­cho­wych nie zna­leźli, pro­ku­ra­tor Sere­met wcale auto­rom tych rewe­la­cji nie potwier­dził, nie­prawda, że badano wrak pod tym wzglę­dem po raz pierw­szy po 2,5 roku, nie­prawda, że bada­nie pod­jęto na sku­tek nie­ści­sło­ści w doku­men­ta­cji, nie­prawda, że próbki będą badać Rosja­nie… i tak dalej, i tak dalej. W dodatku pano­wie we wła­snej wyobraźni ubar­wili tę opo­wieść malow­ni­czymi szcze­gó­łami, któ­rych żaden facho­wiec nie mógł im prze­ka­zać, bo mają się do facho­wo­ści niczym pięść do nosa. Po pierw­sze nie jest moż­liwe rów­no­le­głe wykry­cie „tro­tylu i nitro­gli­ce­ryny” (C7H5N3O6 i C3H5N3O9) spek­tro­me­trem maso­wym (czy też spek­tro­me­trem aktyw­no­ści jonów) o czym zgod­nie mówią wszy­scy spece od tematu. Według „Rz” „przy­rządy zwa­rio­wały” i „skoń­czyła im się skala”. Te przy­rządy nie mogą „zwa­rio­wać” i nie może „skoń­czyć im się skala”. To nie ampe­ro­mierz ze wska­zówką. Te przy­rządy nie wariują i nie koń­czy im się skala, nawet gdy w bada­nej próbce jest sto pro­cent szu­ka­nej substancji.

Auto­rów i redak­to­rów pogrąża dodat­kowo póź­niej­sze krę­tac­two. Naj­pierw „pomy­li­li­śmy się”, a póź­niej „mate­riały wybu­chowe mogą jed­nak być”, bo wyka­zać to mają dopiero bada­nia pró­bek. Czyli: nakła­ma­li­śmy, ale może jakimś cudem będzie to prawda, czyli nasze górą. To tak, jak­bym napi­sał: wpraw­dzie nie ma dowo­dów na to, że Cezary Gmyz i Tomasz Wró­blew­ski biją swoje żony, ale to nie wyklu­cza, że może jed­nak biją. Sza­nowni pano­wie, skoro nie ma na coś dowo­dów, to się nie pisze, że jest, ani, że może być. Nie ma dowo­dów, to nie ma. Koniec i kropka.

Zwo­len­nicy tro­tylu dostali za kilka dni kolejny „argu­ment” (dla nie­uka każda bzdura jest argu­men­tem), gdy ujaw­niono, że jeden z przy­rzą­dów wyświe­tlił komu­ni­kat „TNT”, czyli tro­tyl. Nic nie dały zapew­nie­nia fachow­ców, że to nie ozna­cza iż tro­tyl jest, tylko że może być, ale nie musi. Towa­rzy­stwo nie­uków i szar­la­ta­nów wpa­dło w eufo­rię: jest tro­tyl! Jest dowód na zamach! W głu­po­cie swo­jej nie zauwa­żyli istot­nego szcze­gółu: o wybu­chu świad­czy­łaby obec­ność nie mate­riału wybu­cho­wego, lecz pro­duk­tów jego spa­la­nia (tu uprosz­czone wyja­śnie­nie dla posła Macie­re­wi­cza: aby udo­wod­nić komuś, że palił papie­rosa, trzeba zna­leźć nie całego papie­rosa, tylko nie­do­pa­łek i popiół, jak papie­ros jest cały, to go nie palono). Choćby nawet zna­le­ziono sto kilo tro­tylu, a nie zna­le­ziono pro­duk­tów jego spa­la­nia, to dowo­dów na wybuch nie ma. Nawet jesz­cze gorzej: czym wię­cej się znaj­dzie nie spa­lo­nego mate­riału wybu­cho­wego, tym mniej jest praw­do­po­dobne to, że ten mate­riał wybuchł!

Nawet gdyby zna­le­ziono pro­dukty spa­la­nia mate­riału wybu­cho­wego, to istotna będzie ich ilość, bo nie­wiel­kie, śla­dowe ilo­ści wcale nie muszą pocho­dzić z wybu­chu w tym samo­lo­cie, tylko mogą być zawle­czone przez ludzi, lub ładu­nek. Dowo­dem na wybuch byłoby dopiero zna­le­zie­nie istot­nej ilo­ści pro­duk­tów spa­la­nia mate­riału wybu­cho­wego, i to koniecz­nie wraz z innymi śla­dami wybuchu.

Parę dni póź­niej poja­wił się kolejny „eks­pert”, przed­sta­wi­ciel pro­du­centa jed­nego z przy­rzą­dów (praw­do­po­dob­nie han­dlo­wiec, co wnio­skuję z kolej­nych bzdur, jakie plótł na temat fizyki i che­mii przy oka­zji). Twier­dził on w tele­wi­zji, iż przy­rząd, który sprze­daje, wykryje z całą pew­no­ścią „nawet jeden atom tro­tylu”. Ot cie­ka­wostka przy­rod­ni­cza: tro­tyl to atom, pier­wia­stek (???). A ja naiwny myśla­łem, że zwią­zek che­miczny C7H5N3O6 zło­żony jest z 21 ato­mów. I jesz­cze co do tej „całej pew­no­ści” przy śla­do­wych ilo­ściach związku: Jest takie prawo fizyki, któ­rego pan han­dlo­wiec, a nawet inży­nier Binienda, mają prawo nie znać, bo na pozio­mie fizyki na ich uczel­niach nie uczą, które nazywa się: zasada nie­okre­ślo­no­ści Heisen­berga. Wybacz­cie fizycy sza­le­nie daleko idące uprosz­cze­nia (jak­bym tem­pe­ro­wał ołó­wek sie­kierą), ale muszę to obja­śnić tak, aby nawet posłanka Kruk mogła zro­zu­mieć, choć to pra­wie nie­moż­liwe. Mówi ta zasada, że ilo­czyn nie­okre­ślo­no­ści poło­że­nia i nie­okre­ślo­no­ści pędu jest więk­szy lub równy od pew­nej sta­łej liczby (pominę jakiej, bo oni i tak o niej nie sły­szeli). To samo doty­czy innych par wiel­ko­ści fizycz­nych, np. ener­gii i czasu. Bar­dzo uprasz­cza­jąc: jak stwier­dzimy, że jest na pewno to, to nie wiemy na pewno gdzie, jak stwier­dzimy na pewno gdzie, to nie wiemy dokład­nie co.

Zasada ta doty­czy stricte obiek­tów bar­dzo małych, jak cząstki ele­men­tarne, poje­dyn­cze atomy i czą­steczki che­miczne, ale prawa fizyki, z któ­rych wynika, obo­wią­zują wszę­dzie tam, gdzie bar­dzo dużymi przy­rzą­dami pomia­ro­wymi bada się bar­dzo małe ilo­ści czegoś.

Wyobraźmy sobie, że chcemy zaob­ser­wo­wać, jak mówi pan han­dlo­wiec, jeden atom. Musimy go w tym celu czymś oświe­tlić. Wyobraźmy sobie, że uży­jemy w tym celu naj­mniej­szej moż­li­wej ilo­ści świa­tła – jed­nego fotonu. Ten jeden foton odbija się od jed­nego atomu i my ten atom w ten spo­sób widzimy. Zaraz, zaraz, ale co widzimy? Widzimy, gdzie ten atom był przed zde­rze­niem z foto­nem, bo po zde­rze­niu się odbił i jest gdzie indziej i to jest wła­śnie ta nie­okre­ślo­ność jego poło­że­nia. Co wię­cej, na sku­tek zde­rze­nia z foto­nem zmie­niła się też jego ener­gia. A więc nawet przy tak deli­kat­nym pomia­rze, jak oświe­tle­nie jed­nym foto­nem, nie wiemy do końca, co wła­ści­wie widzimy i gdzie.

A teraz wyobraźmy sobie takie pomiary, jak w Smo­leń­sku na Tupo­le­wie. Szu­kamy śla­do­wych ilo­ści, tysięcz­nych czę­ści mili­grama, sub­stan­cji che­micz­nej apa­ra­tem, który waży kilo­gram lub dwa. W sto­sunku do wiel­ko­ści, które chcemy zmie­rzyć, ten apa­rat jest jak Tita­nic do kajaka. Nawet jeśli uwzględ­nimy tylko wiel­kość i czu­łość samego detek­tora, a nie cały apa­rat, to dalej jest jak Tita­nic do kajaka. Gene­ral­nie cho­dzi o to, że jeśli mie­rzymy war­to­ści bar­dzo małe, to sam przy­rząd pomia­rowy, samą swoją obec­no­ścią, bar­dzo zabu­rza wiel­kość którą mie­rzymy i ją zmie­nia (wydziela lub pochła­nia cie­pło, ma jakieś ładunki sta­tyczne, pły­nie w nim prąd, więc wytwa­rza jakieś pole elek­tro­ma­gne­tyczne…). I dla­tego, panie han­dlowcu, nie da się „z całą pew­no­ścią” okre­ślić sub­stan­cji che­micz­nej w tak małej ilo­ści za pomocą takiej „konewki” (żar­go­nowa nazwa apa­ratu, o któ­rym mowa). I dla­tego, panie han­dlowcu, wyświe­tle­nie się komu­ni­katu TNT zna­czy, że jest, albo tro­tyl, albo coś bar­dzo podob­nego, ale co, nie wia­domo „z całą pew­no­ścią” i trzeba dopiero to zba­dać w labo­ra­to­rium za pomocą innych pomia­rów i innymi meto­dami. Fizycy i che­micy bar­dzo by się ucie­szyli, gdyby ktoś skon­stru­ował apa­rat, który przy­kła­damy do cze­goś i pstryk, już wiemy jaki jest skład che­miczny. Nie­stety, jak dotąd, nikt takiego nie wyna­lazł, no chyba że na fil­mie z serii „CSI – kry­mi­nalne zagadki Miami”, gdzie detek­tyw wkłada próbkę do urzą­dze­nia i mówi: „to jest azo­tan potasu pocho­dzący z lewej nogi sówki choj­nówki żyją­cej 60 km na pół­noc od Huston”. Panu „eks­per­towi´ radzę mniej oglą­dać takich filmów.

Wyja­śnijmy jesz­cze, jak działa spek­tro­graf ruchli­wo­ści (aktyw­no­ści) jonów. Bada on zacho­wa­nie frak­cji gazo­wej (czyli opa­rów) sub­stan­cji pod­da­nych dzia­ła­niu pola elek­trycz­nego, co pozwala oddzie­lić mate­riały wysoko ener­ge­tyczne, od innych. Opary sub­stan­cji zostają wcią­gnięte do takiej rurki, w któ­rej działa pole elek­tryczne, a na jej końcu znaj­duje się detek­tor. Można to porów­nać do wącha­nia i roz­po­zna­wa­nia na pod­sta­wie zapa­chu. Ten spek­tro­graf jest czymś w rodzaju elek­tro­nicz­nego nosa. I co istotne: nie robi on ana­lizy che­micz­nej, tylko reje­struje to, co ma zbli­żony ten elek­tro­niczny zapach do szu­ka­nego wzorca, czyli to, co ma podobną aktyw­ność jonów do jonów tro­tylu lub innego mate­riału wybu­cho­wego. A mate­ria­łów, które mają zbli­żoną aktyw­ność jonów może być bar­dzo dużo.

Oczy­wi­ście, na wraku Tupo­lewa nie ma żad­nych opa­rów, czy też jonów. Są one wytwa­rzane sztucz­nie, przez urzą­dze­nie, po to, by zba­dać ich zacho­wa­nie w polu elek­trycz­nym. Te detek­tory nie mie­rzą więc wła­ści­wo­ści che­micz­nych sub­stan­cji, tylko masę czą­stecz­kową jonów i inte­rak­cję z gazem nośnym – duże i cięż­kie mole­kuły póź­niej dotrą do detek­tora od mole­kuł małych i lekkich.

I jest jesz­cze ważna kwe­stia, o któ­rej pan han­dlo­wiec od pro­du­centa naj­wy­raź­niej nie wie. Co wła­ści­wie wykry­wają detek­tory? Wcale nie zwią­zek che­miczny będący tro­ty­lem, bo on się składa z powszech­nie wystę­pu­ją­cych pier­wiast­ków: tlenu, wodoru, węgla i azotu i jego jony też. I tu pan han­dlo­wiec powi­nien dostać pałę z che­mii i wnio­sek o ode­bra­nie matury, bo nie wie, że jony tro­tylu NIE SĄ TROTYLEM. Jony każ­dego związku mają inny skład che­miczny, niż ten zwią­zek. Jon jest KAWAŁKIEM czą­steczki che­micz­nej, a nie CAŁĄ czą­steczką. Ten sam jon może być kawał­kiem róż­nych czą­ste­czek, kawał­kiem róż­nej całości.

Na przy­kład: kwas H2SO4 roz­pada się na jony: 2H+ + SO42– (wodór i czte­ro­tle­nek siarki), woda H2O roz­pada się na jony H+ + OH-. Podob­nie żaden z jonów tro­tylu nie jest tro­ty­lem i może być iden­tyczny z jonem innego związku che­micz­nego, bo to jest, do czorta, kawa­łek czą­steczki, a nie cała! Te jony mogą się póź­niej połą­czyć z innymi jonami i dać inny zwią­zek (tzw. reak­cja jonowa), np.: H2SO4 + 2NaOH › Na2SO4 + 2H2O. Choćby na tym przy­kła­dzie dobit­nie widać, że te same jony mogą być jonami róż­nych związków.

Na pod­sta­wie bada­nia jonów nie można jed­no­znacz­nie okre­ślić, jaki zwią­zek che­miczny reje­stru­jemy, BO JONY NIE ZAWIERAJĄ TAKIEJ INFORMACJI. Żad­nym przy­rzą­dem świata nie można odczy­tać INFORMACJI, KTÓREJ NIE MA!!!! Uka­za­nie się na wyświe­tla­czu komu­ni­katu „TNT” nie ozna­cza, że tro­tyl jest, tylko, że może być, ale nie musi.

Jest jesz­cze jedna ważna zasada badań nauko­wych, naj­wy­raź­niej nie­znana „eks­per­tom” zespołu Macie­re­wi­cza (co nie dziwi – jeden z tych „eks­per­tów” od lot­nic­twa był tech­ni­kiem cukier­nic­twa), choć uczy się tego na pierw­szym roku wydziału fizyki: nie wyciąga się wnio­sków z jed­nego pomiaru. Aby stwier­dzić, że przy­rządy pomia­rowe poka­zały prawdę, wynik musi być powta­rzalny i spraw­dzony innymi meto­dami. Dopiero wie­lo­krotne wska­za­nie tego samego wyniku, i to przy bada­niach prze­pro­wa­dzo­nych przez róż­nych bada­czy, daje pod­stawy do przy­pusz­cze­nia, że coś jest na rze­czy. Pew­ność mamy dopiero wtedy, gdy to samo stwier­dzimy bada­jąc innymi meto­dami, lub przy uży­ciu innej apa­ra­tury. To, że jeden raz uzy­skano wynik pozy­tywny nie­wiele zna­czy. Apa­ra­tura może być uszko­dzona, może być zanie­czysz­czona po poprzed­nich pomia­rach, może być źle wyska­lo­wana, albo nie­pra­wi­dłowo użyta. Nauko­wiec zawsze jest scep­ty­kiem, a dureń i nieuk, czym więk­szy, tym bar­dziej jest wszyst­kiego pewien. Doty­czy to także innych nauk. Poważny histo­ryk też nie wyciąga rady­kal­nych wnio­sków z jed­nego doku­mentu, bo wie, że odkąd ludzie nauczyli się pisać, pisali czę­sto także nieprawdę.

Tak więc, bez prze­sady, można wykry­wać ślady mate­riału wybu­cho­wego tą apa­ra­turą, ale nie jed­nej czą­steczki (tym bar­dziej atomu) i nie ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią. Każdy, nawet naj­bar­dziej pre­cy­zyjny, apa­rat ma jakąś war­tość mini­malną, na jaką reaguje i na pewno nie jest nią jeden atom.

W cza­sie występu w tele­wi­zji pan „eks­pert” odniósł się do twier­dzeń pro­ku­ra­tury, że zasto­so­wane w Smo­leń­sku spek­tro­grafy reago­wały także na kieł­basę i torebkę foliową. Poka­zał, że jego apa­rat na kieł­basę i torebkę nie reaguje. I tu znów pała z che­mii dla pana „eks­perta”. Nie ma takich związ­ków che­micz­nych jak „kieł­basa”, lub „torebka foliowa”. To są obiekty zło­żone z bar­dzo róż­nych związ­ków che­micz­nych i nie jed­na­kowe. Każda kieł­basa ma inny skład che­miczny. Podob­nie z torebką, która może być wyko­nana z róż­nych sub­stan­cji. To, panie „eks­per­cie”, że pań­ski apa­rat nie reaguje na kon­kretną kieł­basę lub kon­kretną torebkę, nie zna­czy, że nie zare­aguje na inne. A może zare­ago­wać bo wiele związ­ków orga­nicz­nych ma podobny skład jak tro­tyl (tlen, wodór, azot i węgiel) i może mieć podobne lub nawet iden­tyczne jony, jak tro­tyl. Pan „eks­pert” znowu nie rozu­mie, co to są jony.

A co do tej stu­pro­cen­to­wej wykry­wal­no­ści mate­ria­łów wybu­cho­wych na lot­ni­skach, to prze­czą temu fakty. Richard Reid, znany jako „shoe bom­ber” prze­my­cił bez trudu na pokład samo­lotu bombę ukrytą bucie, choć na lot­ni­sku był badany (i był wyty­po­wany do bada­nia jako podej­rzany z powodu zacho­wa­nia, oraz braku bagażu) dokład­nie tymi samymi apa­ra­tami, które pan „eks­pert” rekla­muje, jako stu pro­cen­towo nie­za­wodne. Byli też badani w podobny spo­sób agenci libij­scy, któ­rzy prze­my­cili sem­tex w obu­do­wie radia i wysa­dzili samo­lot PanAm nad Loc­ker­bie w Szkocji.

Wyja­śnijmy jesz­cze sprawę „mar­ke­rów”, które miały wykryć bada­nia w Smo­leń­sku. Wydaje się, że sami pro­ku­ra­to­rzy nie bardo wie­dzieli, o co chodzi.

Mar­ker to ina­czej znacz­nik, sub­stan­cja słu­żąca do ozna­cza­nia jakie­goś trud­nego do roz­po­zna­nia mate­riału. Kon­wen­cja ONZ i Mię­dzy­na­ro­do­wej Orga­ni­za­cji Lot­nic­twa Cywil­nego ICAO z 1991 roku naka­zała pro­du­cen­tom mate­ria­łów wybu­cho­wych ozna­cza­nie ich wydzie­la­ją­cymi bar­dzo mocny zapach sub­stan­cjami, głów­nie na uży­tek wyszko­lo­nych psów, ale nie tylko. Ślady tych sub­stan­cji można wykryć na powierzch­niach przed­mio­tów, ciele ludz­kim, ubra­niach, które miały kon­takt (nawet dość dawny) z mate­ria­łem wybu­cho­wym, nawet gdy samego mate­riału wybu­cho­wego już tam nie ma. To wła­śnie te mar­kery, a nie sam mate­riał wybu­chowy, mogły być zauwa­żone przez bie­głych w Smo­leń­sku. Te mar­kery to: nitro­gli­kol (EGDN), dime­ty­lo­di­ni­tro­bu­tan (DMNB) i nitro­to­luen (MNT). Zauważmy, że wszyst­kie one mają w nazwie sekwen­cję liter „nitro”. Moż­liwe, że jakiś kiep­sko wyedu­ko­wany infor­ma­tor Ceza­rego Gmyza pomy­lił je z nitro­gli­ce­ryną, choć są to zupeł­nie inne związki che­miczne. Obec­ność tych mar­ke­rów na szcząt­kach samo­lotu woj­sko­wego, któ­rym wie­lo­krot­nie prze­wo­żono żoł­nie­rzy bio­rą­cych wcze­śniej udział w wal­kach, oraz amu­ni­cję, nie jest żadną sen­sa­cją. Było by wręcz dziwne, gdyby ich tam nie było. ALE W ŻADNYM STOPNIU NIE ŚWIADCZY TO O WYBUCHU na pokładzie.

Kło­pot w tym, że mar­kery umiesz­czane są tylko na mate­ria­łach wybu­cho­wych wytwa­rza­nych prze­my­słowo i ter­ro­ry­ści o tym wie­dzą. Dla­tego naj­czę­ściej wytwa­rzają mate­riał wybu­chowy sami, co nie jest bar­dzo trudne, i ten mate­riał użyty do zama­chu mar­ke­rów nie ma. Obec­ność mar­ke­rów świad­czy więc raczej o prze­wo­że­niu samo­lo­tem osób, które miały stycz­ność z fabrycz­nym mate­ria­łem wybu­cho­wym, niż o dzia­ła­niu terrorysty.

„Rewe­la­cje” Wie­sława Biniendy i Kazi­mie­rza Nowa­czyka na Uni­wer­sy­te­cie Ste­fana Wyszyńskiego

Wie­sław Binienda prze­szedł sam sie­bie i posu­nął się do otwar­tego kłam­stwa twier­dząc, że brzoza smo­leń­ska była tak spróch­niała, iż można ją było zła­mać nawet kop­nia­kiem. To po pro­stu zwy­kłe wie­rutne kłam­stwo. Nie tylko ludzie, któ­rzy to drzewo badali, nic takiego nie stwier­dzili, ale nawet na zdję­ciach widać, że drzewo było zdrowe i nor­malne. Żaden z „eks­per­tów” zespołu Macie­re­wi­cza nie był w Smo­leń­sku, nie ma dostępu do ory­gi­nal­nych zapi­sów reje­stra­to­rów lotu, nie badał śla­dów, a wszy­scy oni twier­dzą, że zapisy poda­wane przez komi­sję Mil­lera są fał­szywe. Wypada zapy­tać, skąd ta wie­dza, skoro żad­nych innych zapi­sów, niż te „fał­szywe” pano­wie nie znają? Uży­wa­jąc prze­no­śni, pano­wie wręcz twier­dzą, że znają tek­sty i melo­die nigdy nie nagra­nych pio­se­nek, któ­rych w dodatku nigdy nie słyszeli.

Kazi­mierz Nowa­czyk powie­dział na tej kon­fe­ren­cji, że nawet trasa lotu zare­je­stro­wana przez „czarne skrzynki” jest fał­szywa. Skąd wać­pan to wie, jeśli żad­nego innego zapisu nie ma? To są twier­dze­nia wzięte z sufitu.

Wie­sław Binienda twier­dził, że dowo­dem na wybuch są „wyrwane nity”, które wręcz „wystrze­liły” i „latały po samo­lo­cie jak poci­ski”. Po pierw­sze wyrwane nity są dowo­dem na wybuch tyle samo war­tym co fakt, że trzy dni wcze­śniej pod Kra­ko­wem pasiono kozy. Przy takim wal­nię­ciu w zie­mię, z taką pręd­ko­ścią, wszystko ma prawo być wyrwane, nie tylko nity. Poza tym, nit to nie korek od szam­pana i nie „wystrze­li­wuje”. To jest naiwne wyobra­że­nie o dzia­ła­niu ciśnie­nia wybu­chu, tak samo jak rze­kome „cha­rak­te­ry­styczne wygię­cie blach”. Każdy, kto choćby jak ja, prze­cho­dził w woj­sku szko­le­nie saper­skie, wie, że fala wybu­chu tro­tylu ma gigan­tyczną pręd­kość i tnie metal jak nożem. No i jesz­cze te nity „lata­jące po samo­lo­cie”. Panie Binienda, chyba się panu pomy­liły kie­runki. Skoro w samo­lo­cie był wybuch, to „wyrwane nity” powinny pole­cieć na zewnątrz, a nie do środka.

I na koniec jesz­cze rewe­la­cje Kazi­mie­rza Nowa­czyka. Sły­sza­łem jego wypo­wiedź dla radia RMF-FM. Twier­dził on, że reje­stra­tor TAWS „odno­to­wał lądo­wa­nie”, co świad­czy o tym, iż samo­lot nie był w pozy­cji grzbietowej.

Można się zała­mać, ręce opa­dają z roz­pa­czy z sze­le­stem, że czło­wiek tytu­łu­jący się fizy­kiem ple­cie takie bzdury. Reje­stra­tor TAWS odno­to­wuje (według Nowa­czyka) nacisk pod­wo­zia na sen­sor umiesz­czony mię­dzy samo­lo­tem a pod­wo­ziem. Ten sen­sor to zwy­kły pstryczek-elektryczek, który pod naci­skiem zamyka obwód prądu. Rze­czy­wi­ście pod­czas lądo­wa­nia pod­wo­zie naj­pierw wisi pod samo­lo­tem, a gdy dotknie ziemi naci­ska na sen­sor. Pan „fizyk” jakoś nie zauwa­żył, że gdy samo­lot znaj­dzie się w pozy­cji grzbie­to­wej, to pod­wo­zie też naci­ska na sen­sor i zamyka obwód prądu. Pod­wo­zie w tej pozy­cji naci­ska na sen­sor swoim cię­ża­rem, bo urzą­dze­nie nie prze­wi­duje tego, że pod­wo­zie nie będzie pod samo­lo­tem wisieć, tylko znaj­dzie się nad nim i będzie na niego swoim cię­ża­rem opa­dać. Rze­komy dowód pana Nowa­czyka świad­czy o czymś wręcz odwrot­nym, niż on twier­dzi. Potwier­dza grzbie­towe poło­że­nie samo­lotu. Zresztą potwier­dza to cała masa innych fak­tów, a to, że wrak leżał do góry kołami, chyba wszy­scy widzie­li­śmy nawet w telewizji.

Co gor­sza, Kazi­mierz Nowa­czyk wyciąga z tego wnio­sek, że nagra­nie TAWS zostało „celowo zama­zane” i on wie, że było na nim co innego. Skoro zostało „zma­zane” to skąd pan wie, co na nim było?

Fakty świad­czące o tym, że nie było wybu­chu w Tu-154

Zacznijmy od tego, na co, moim zda­niem, pro­ku­ra­tura nie zwró­ciła uwagi. Na nagra­niu z kabiny pilo­tów sły­chać roz­mowy aż do końca, łącz­nie z krzy­kiem prze­ra­że­nia tuż przed ude­rze­niem w zie­mię. Nie cho­dzi tylko o to, co już napi­sa­łem, że mar­twy nie krzy­czy. Nagra­nia z kok­pitu samo­lotu, w któ­rym nastą­pił wybuch bomby (a według Nowa­czyka miał on nastą­pić w kok­pi­cie) wyglą­dają ina­czej. Kil­ka­na­ście lat temu został znisz­czony za pomocą bomby Boeing 747 Air India „Kani­shka”. Czarne skrzynki wydo­byto z dna Atlan­tyku. Nagra­nie z kabiny pilo­tów wyglą­dało tak: spo­kojna roz­mowa pilo­tów i nagle, w pół słowa, cał­ko­wita cisza. Nagra­nie mar­twe, nawet bez szme­rów. Dlaczego?

Przy­po­mnijmy wła­ści­wo­ści trotylu:

  • Ciśnie­nie eks­plo­zji: 22,3 GPa, czyli około 22.500 atmos­fer tech­nicz­nych (dwa­dzie­ścia dwa tysiące pięć­set At)
  • Tem­pe­ra­tura wytwo­rzona na sku­tek eks­plo­zji: 3300 stopni Celsjusza
  • Pręd­kość deto­na­cji 6,9 km/s. (24 tysiące kilo­me­trów na godzinę)

Żaden mikro­fon nie wytrzyma fali ciśnie­nia rzędu 20 tysięcy atmos­fer, roz­cho­dzą­cej się z pręd­ko­ścią 7 kilo­me­trów na sekundę, o tem­pe­ra­tu­rze 3300 stopni. Mikro­fon jest urzą­dze­niem bar­dzo deli­kat­nym i przy eks­plo­zji zostaje znisz­czony w ułamku sekundy. Dla­tego nagra­nie w czar­nej skrzynce reje­struje tylko ciszę. Nawet nie reje­struje huku eks­plo­zji, bo nie zdąży. Oczy­wi­ście ciśnie­nie i tem­pe­ra­tura wybu­chu w miarę odle­gło­ści znacz­nie maleją, ale nie w odle­gło­ści 2–3 metrów! Nawet jeśli te war­to­ści w takiej odle­gło­ści są mniej­sze, to nadal są gigan­tyczne. Tym­cza­sem na nagra­niu sły­chać jesz­cze (po rze­ko­mym wybu­chu, który według zespołu Macie­re­wi­cza miał nastą­pić 38 metrów nad brzozą, nad, nie za) wyraź­nie wypo­wia­dane słowa, trza­ski i krzyk. Nawet gdyby jakimś cudem mikro­fon prze­trwał (co jest zupeł­nie nie­praw­do­po­dobne), to trudno sobie wyobra­zić, by czło­wiek pod­dany ciśnie­niu 20 tysięcy atmos­fer i tem­pe­ra­tu­rze więk­szej niż w piecu hut­ni­czym mógł cokol­wiek powie­dzieć, nawet krzyknąć.

Tak potężne ciśnie­nie wybu­chu roz­rywa na drobne odłamki wszyst­kie przed­mioty znaj­du­jące się w jego bez­po­śred­nim sąsiedz­twie. Te odłamki lecą z pręd­ko­ścią znacz­nie więk­szą (ok. 20 razy), niż kule kara­bi­nowe i dziu­ra­wią wszyst­kie prze­szkody na swej dro­dze. Gdyby w samo­lo­cie nastą­pił wybuch tro­tylu, to jego poszy­cie i skrzy­dła powinny być podziu­ra­wione jak sito. Tym­cza­sem żaden frag­ment poszy­cia samo­lotu nie został podziu­ra­wiony odłam­kami. Zacho­wały się nawet całe szyby, które pod wpły­wem wybu­chu powinny roz­le­cieć się w drobny mak. Te szyby tłu­kli dopiero Rosja­nie na ziemi.

Na żad­nych frag­men­tach wraku nie widać też śla­dów dzia­ła­nia nie­zwy­kle wyso­kiej tem­pe­ra­tury (przy­po­mi­nam: 3300 stopni).

Wybuch powi­nien roz­rzu­cić szczątki samo­lotu kon­cen­trycz­nie we wszyst­kie strony. Jeżeli wybuch nastą­piłby nad brzozą (jak twier­dzi Binienda), to szczątki samo­lotu powinny leżeć we wszyst­kich kie­run­kach od tego punktu nie­mal koli­ście. Powinny być zarówno przed brzozą, jak i za nią i w kie­run­kach pro­sto­pa­dłych. Pręd­kość począt­kowa odłam­ków nadana wybu­chem byłaby wie­lo­krot­nie więk­sza, we wszyst­kich kie­run­kach, od pręd­ko­ści samo­lotu (260 km/h), jest więc nie­moż­liwe, by wszyst­kie szczątki samo­lotu znaj­do­wały się daleko w przód od brzozy (w warian­cie wybu­chu). Gdyby wybuch nastą­pił 38 metrów nad brzozą (jak głosi Bininda), to szczątki samo­lotu powinny leżeć nie tylko do ok. 200 metrów za brzozą (w kie­runku jego lotu), ale i ok. 200 metrów przed nią, a nie­które z nich znacz­nie dalej, nawet kilo­metr dalej. Tym­cza­sem wszyst­kie szczątki samo­lotu znaj­dują się daleko za brzozą (kil­ka­set metrów) i to nieco w bok od kie­runku lotu. Jest zupeł­nie nie­moż­liwe, by odłamki samo­lotu roze­rwa­nego wybu­chem pole­ciały wszyst­kie w jedną stronę i po dro­dze jesz­cze skrę­ciły w lewo. I to wszyst­kie skrę­ciły iden­tycz­nie. Byłby to pierw­szy w histo­rii przy­pa­dek przed­miotu roze­rwa­nego wybu­chem, któ­rego kawałki, zamiast roz­le­cieć się we wszyst­kie strony, lecą nadal zgod­nie razem i w dodatku, jak na komendę zakrę­cają. Chyba jesz­cze nikt nie wie­dział odłamka, który zakręca.

Popa­trzmy na zdję­cia satelitarne:

Jak widzimy, szczątki samo­lotu nie są roz­rzu­cone koli­ście, jak by było w wyniku wybu­chu, lecz są roz­cią­gnięte w dłu­giej linii zgod­nej z kie­run­kiem ruchu samo­lotu w momen­cie zde­rze­nia z zie­mią. Jesz­cze lepiej widać to na kolej­nym zdjęciu:

Linia poma­rań­czowa ozna­cza prze­dłu­żony kie­ru­nek lotu samo­lotu przed zde­rze­niem z drze­wem. Linia żółta, tor lotu od zde­rze­nia z drze­wem do upadku na zie­mię. Czer­wone punkty to szczątki samo­lotu. Jest zupeł­nie nie­praw­do­po­dobne, by roze­rwane wybu­chem kawałki samo­lotu pole­ciały wszyst­kie daleko do przodu, bli­sko 500 m, a żaden nie pole­ciał w bok i do tyłu. W dodatku jest zupeł­nie nie­praw­do­po­dobne, by wszyst­kie odłamki pole­ciały nie w dotych­cza­so­wym kie­runku lotu samo­lotu, tylko wszyst­kie zgod­nie zakrę­ciły o bli­sko 20 stopni. Zdję­cia wyko­nał ame­ry­kań­ski sate­lita, więc Putin ich nie sfałszował.

Ale z tych zdjęć widać jesz­cze jedno. Samo­lot ude­rzył w zie­mię z pręd­ko­ścią 260 km/h i jego szczątki zostały roz­cią­gnięte w przód na dłu­go­ści 165 m i w bok na sze­ro­kość 52 m, czyli po 26 m na boki od osi lotu. Jeśli pręd­kość 260 km/h dała dłu­gość 165 m, a pręd­kość poprzeczna roz­padu samo­lotu po 26 m, to łatwo ją obli­czyć przez porów­na­nie. 260:165= V:26 => V= 41 km/h. Gdyby roz­rzut poprzeczny nastę­po­wał wsku­tek wybu­chu, pręd­kość odłam­ków wyno­si­łaby 41 km/h, co jest non­sen­sem. Wybacz­cie pań­stwo, ale pies szyb­ciej bie­gnie niż fala wybu­chu według Bie­niendy, Szu­la­biń­skiego i Nowa­czyka. Nawet fajer­werki sprze­da­wane dzie­ciom mają więk­szą siłę eks­plo­zji, niż rze­komy wybuch w teo­rii tych panów.

Wnio­sek jest pro­sty: żad­nego wybu­chu nie było. Samo­lot po urwa­niu koń­cówki skrzy­dła zaczął zakrę­cać obra­ca­jąc się na grzbiet W CAŁOŚCI i roz­rzut szcząt­ków jest wyłącz­nie skut­kiem ude­rze­nia w zie­mię. Wbrew twier­dze­niom w/w panów roz­rzut szcząt­ków samo­lotu w żad­nym stop­niu nie jest cha­rak­te­ry­styczny dla wybu­chu. Wręcz prze­ciw­nie: wszystko tej tezie przeczy.

Mają rację eks­perci komi­sji Mil­lera i pro­ku­ra­tury, że wybu­chowi prze­czą też dal­sze fakty, jak brak popę­ka­nych bęben­ków w uszach ofiar, oraz brak zapisu skoku ciśnie­nia w reje­stra­to­rach. Ale jest jesz­cze coś – pano­wie Binienda, Szu­la­dziń­ski i Nowa­czyk twier­dzą, że w sku­tek wybu­chu zostały wyrwane nity. To jakim cudem oca­lały szyby w oknach samo­lotu? Prze­cież są znacz­nie słab­sze od nitów. Nie trzeba być nawet znawcą wybu­chów, by wie­dzieć, że wszę­dzie, gdzie coś wybu­cha, szyby wyla­tują w pierw­szej kolej­no­ści. Oczy­wi­ście szyby w samo­lo­cie są moc­niej­sze, niż w zwy­kłych oknach, ale bez prze­sady. Pan­cerne nie są.

Wia­ry­god­ność teo­rii zespołu Macie­re­wi­cza pod­waża także ich nie­zwy­kła zmien­ność. Naj­pierw była „sztuczna mgła”, póź­niej „bomba próż­niowa”, „magnes”, który przy­cią­gnął „samo­lot z żelaza”, „roz­py­lony hel”, „roz­cią­gnięty gra­fon”… Sły­sze­li­śmy też, że Tu-154M to „samo­lot z żelaza, prze­ro­biony bom­bo­wiec i powi­nien wytrzy­mać upa­dek z 80 metrów”. Kom­pletna nie­prawda, samo­lot nie jest „z żelaza” (jest głów­nie z lek­kich sto­pów alu­mi­nium i tytanu, kom­po­zy­tów i tylko nie­które ele­menty są ze stali), nigdy nie był bom­bow­cem (bom­bowce mają zupeł­nie inna budowę) i nawet naj­moc­niej­szy bom­bo­wiec nie wytrzyma upadku z 80 metrów.

Pominę już dys­ku­sję kolej­nymi bzdu­rami (samo­loty prze­la­tu­jące „w cało­ści” przez budynki WTC, brzoza o śred­nicy pół metra jako „miękki patyk” itp.). Ci ludzie będą wymy­ślać kolejne bred­nie w nieskończoność.

Jedyną nie­skoń­czoną war­to­ścią w przy­ro­dzie jest głupota.

Krzysztof Łoziński

 

Komentarze

Pozostaw komentarz:





  • POLECAMY

  • SZLIF

    Ciekawość świata kluczem do sukcesu
    Po wakacyjnej przerwie ukazał się październikowy numer miesięcznika „Szlif” wydawanego przez Młodzieżową Wszechnicę Dziennikarską działającą przy XIII LO we Wrocławiu pod patronatem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.  Czytaj więcej...
  • ***

    witryna4
    To miejsce przeznaczamy na wspomnienia dziennikarzy. W ten sposób staramy się ocalić od zapomnienia to, co minęło...

    Przejdź do Witryny Dziennikarskich Wspomnień

    ***

  • PARTNERZY

    infor_logo


  • FACEBOOK

  • Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska

    legitymacja Członkowie naszego stowarzyszenia mogą uzyskać legitymacje dziennikarskie (International Press Card) Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy FIJ (IFJ), z siedzibą w Brukseli.
  • Menu

  • Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy


    Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej jest organizacją członkowską Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy.
  • Tagi

  • ARCHIWUM