JOLANTA PODSIADŁA I JAN STANISŁAW JEŻ DOLNOŚLĄSKIMI DZIENNIKARZAMI 2023 ROKU

| 30 gru 2023  19:21 | Brak komentarzy

21 grudnia podczas Dziennikarskiej Wieczerzy Wigilijnej, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, red. Jolanta Podsiadła i red. Jan Stanisław Jeż zostali uhonorowani Certyfikatami Dolnośląskiego Dziennikarza 2023 Roku oraz statuetkami Złotego Pióra. Natomiast Złote Odznaki „Za Zasługi dla SDRP Dolny Śląsk” otrzymały Jolanta Podsiadła i Bożena Kończal.

ROZMOWA Z JOLANTĄ PODSIADŁĄ

Opowiesz Jolu, jak zaczęła się Twoja dziennikarska przygoda?

Miałam 17 lat, byłam uczennicą II LO im. Adama Mickiewicza w Skarżysku-Kamiennej. Wraz z grupą przyjaciół tworzyliśmy gazetkę „Kaktus” (miał on kolce, oj miał!). Niemal za każdym razem, gdy tylko wywiesiliśmy ją na szkolnym korytarzu (powstawała ona na największym dostępnym formacie brystolu), dyrekcja rekwirowała ją na godzinę czy dwie, by bez świadków rwać włosy z głowy. Wyciągaliśmy bowiem na światło dzienne sprawy, które nie lubią błysku fleszy, a czyniliśmy to z młodzieńczą brawurą. Jednakże nasza gazetka zawsze wracała na swoje miejsce (bez białych plam), choć my byliśmy nie raz i nie dwa wzywani na dyrektorski dywan, pod który też zdarzało się nam zaglądać. Wysłuchiwaliśmy uwag i… dalej robiliśmy swoje.

Czy już wtedy planowałaś, że będziesz dziennikarką?

No właśnie, nie! „Kaktus” był ekscytującą przygodą, ale ja planowałam w tym czasie, że zostanę matematyczką (byłam w klasie matematyczno-fizycznej). Niemniej, w wyniku różnych oczarowań, tuż przed maturą zrobiłam nagły zwrot i w efekcie przystąpiłam do egzaminów nie na uniwersytecką matematykę, a polonistykę. Niezmienne pozostało tylko miasto – Wrocław, w którym „od zawsze” chciałam studiować i mieszkać. Podczas studiów, prócz innych fascynacji, pociągały mnie językoznawstwo i lingwistyka, mające wiele wspólnego z matematyką. I myślałam, że pójdę dalej w tym kierunku.

A jednak przyszłaś do „Wieczoru Wrocławia”, nieistniejącej już dziś wrocławskiej popołudniówki.

W dniu, w którym obroniłam pracę magisterską, napisaną pod skrzydłami profesora Jana Miodka – a był to początek wakacji 1990 roku – moja współlokatorka ze studenckiego „Ołówka” uczyła się do swojego ostatniego egzaminu. Poszłam więc świętować do znajomych, którzy mieszkali w uniwersyteckim Hotelu Asystenta przy Wybrzeżu Pasteura. Od jednej z koleżanek usłyszałam:„Wieczór Wrocławia” zamieścił dziś anons, że szuka stażystów na wakacje. Może to, młoda, coś dla ciebie? Pamiętam, że nie wzbudziło to mojego zainteresowania, ale słowa te wróciły do mnie następnego ranka.

Pod wpływem impulsu wsiadłam do tramwaju i pojechałam na Podwale 62, gdzie mieściły się wówczas redakcje wrocławskich gazet. Drzwi do sekretariatu „Wieczoru Wrocławia” były otwarte, więc weszłam bez pukania. Okazało się, że trafiłam na samego redaktora naczelnego (był nim Roman Rubin), który wychodził akurat ze swojego gabinetu, by zapytać o spóźniającego się gościa. Ledwie zdążyłam wspomnieć o obronionym właśnie dyplomie, gdy on spojrzał na zegarek i stwierdził: Świetnie. Kierownik działu miejskiego zgłaszał, że brakuje mu ludzi. I osobiście powiódł mnie piętro niżej, powierzając redaktorowi Janowi Wawrzyniakowi, który tego lata szefował największemu działowi wrocławskiej popołudniówki. Rzucił on okiem na piętrzące się na biurku faksy, wyłowił jeden z nich i mi go podał. Było to zaproszenie na konferencję prasową w Hali Stulenia (wtedy Ludowej), która miała się zacząć za… kwadrans.

Zdążyłam, bo zawiózł mnie na nią redakcyjny kierowca, pan Janek Deptuch, dusza człowiek, znający redakcję od podszewki, a miasto jak własną kieszeń. Gdy wróciłam, dostałam miejsce przy biurku z maszyną do pisania, na której wystukałam tekst dziesięcioma palcami (bezcenna umiejętność, którą zdobyłam niegdyś trenując „na sucho” na klawiaturze wyrysowanej na kartonie). Następnego dnia wrocławianie mogli przeczytać pierwszy tekst podpisany moim nazwiskiem, a ja z każdym kolejnym dniem coraz mocniej zapuszczałam w korzenie w „Wieczorze Wrocławia”.

Długo czekałaś na etat?

Dostałam go już jesienią (w wakacje byłam „na wierszówce”), a zatem błyskawicznie, bo zwykle czekało się na to nie dwa-trzy miesiące, a tyleż lat. Ale to był rok 1990, czas wielkich zmian. Wiele się wtedy działo, szło nowe. A jednocześnie dane było mi jeszcze posmakować redakcji znanej dziś już tylko z opowieści, w której dziennikarskie szlify zdobywało się w relacji mistrz-uczeń. Sercem „Wieczoru” był sekretariat, w którym królowała pani Grażyna Podniesińska, potrafiąca zapanować nad wszystkim, a przy tym bardzo wszystkim, a młodym adeptom dziennikarstwa szczególnie, życzliwa. Pomiędzy redakcją przy Podwalu a drukarnią w Prasowych Zakładach Graficznych przy ul. Piotra Skargi (i nie tylko, rzecz jasna) kursował goniec (albo gończyni).

Makiety gazetowych stron tworzyli szefowie działów, używając do tego linijek zwanych petitowymi (petit to stopień pisma równy ośmiu punktom typograficznym, na linijce były też inne miary – nonparel, garmond, cycero; znowu matematyka!). Oni adiustowali też teksty, czyli nanosili dyspozycje dla zecera, wysoko wykwalifikowanego pracownika drukarni, który odręcznie składał czcionki, a dzień zaczynali od przeglądania przyniesionych z drukarni przez gońca lub gończynię szczotek, czyli roboczych odbitek stron. Tego wszystkiego, a przede wszystkim dziennikarskiej rzetelności i odpowiedzialności, uczył nas, młodych reporterów, redaktor Tadeusz Emerling, dziennikarz z wieloletnim doświadczeniem, świetny fachowiec, jeden z współtwórców „Wieczoru Wrocławia”. A pierwszy numer tej lubianej przez wrocławian popołudniówki pojawił się w kioskach 3 kwietnia 1967 roku. Jej pierwszym redaktorem naczelnym był człowiek legenda, Ryszard Skała, znany mi już tylko z opowiadań. W swych najlepszych latach „Wieczór” miał ponad sto tysięcy (!) piątkowego nakładu i po czterdzieści tysięcy nakładu w pozostałych dniach.

Kawał historii…

Wspominam o tym, bo ubywa osób, które pamiętają klimat takiej dawnej redakcji. Mnie dane było doświadczyć jego powiewu, nim nastały czasy komputerów, telefonów komórkowych, fotograficznych aparatów cyfrowych, druku offsetowego. I idę o zakład, że niewielu moich młodszych koleżanek i kolegów wie na przykład, dlaczego robocze odbitki stron były nazywane szczotkami. Ja widziałam, jak powstają, bo bywało, że przybiegałam późnym wieczorem lub wczesnym rankiem bezpośrednio do pokoju depeszowego-korektorskiego w drukarni z jakimś newsem, a potem obserwowałam, jak zecer składa mój tekst i dostawałam mokrą jeszcze od farby odbitkę szpalty (pierwszy, surowy skład). Odbitka powstawała w ten sposób, że do złożonej przez zecera i lekko posmarowanej farbą drukarską szpalty przykładano papier i klepano go specjalną szczotką. Stąd nazwa takiej odbitki – szczotka.

Wspominasz te czasy z nostalgią?

To był inny świat i ja tego nie wartościuję – nie lepszy, nie gorszy, po prostu inny. „Wieczór Wrocławia” zniknął z rynku przed dwudziestu laty, dawne Prasowe Zakłady Graficzne przy ul. Piotra Skargi zostały wyburzone (na ich miejscu stoi Biurowiec Dominikański), nie ma pracujących w ołowiu zecerów, którzy byli prawdziwymi artystami, nikt nie tworzy gazetowych stron przy pomocy petitowej linijki, co ja jeszcze robiłam. Czy do tego świata tęsknię? Nie tęsknię, ale mam go w sercu, jest on częścią mojej historii. Wtedy byłam w takim miejscu, dziś jestem w innym i bogata w tamte doświadczenia tworzę dalej swoje życie. Ale mam na dnie szuflady ową linijkę, którą kupiłam za dwa złote, gdy redakcja wyprzedawała przestarzały sprzęt. Pokazywałam ją ostatnio szesnastoletniej córce, tłumacząc, do czego służyła. Łamiąc przy jej pomocy gazetowe kolumny należało być niezwykle precyzyjnym, bo przecież skład był w ołowiu.

Na początku dziennikarskiej drogi byłaś reporterką miejską. A potem?

Wciąż pracując jako reporterka, byłam jednocześnie zastępczynią kierownika działu miejskiego (czasowo jego szefową), a w ostatnich latach istnienia „Wieczoru” publicystką piątkowo-niedzielnych wydań magazynowych. Potem związałam się z warszawskim Centrum Rea, wydawcą m. in. miesięcznika „Czwarty Wymiar” i dwumiesięcznika „Natura i Ty”. Od 2007 roku byłam sekretarzem redakcji we Wrocławskiej Fabryce Prasowej, w której pracowałam – z przerwą na urlop macierzyński i wychowawczy – do końca jej istnienia. Obecnie jestem freelancerką, na stałe współpracuję z miesięcznikiem „Czwarty Wymiar”, który od kilku lat ma nowego wydawcę – Wydawnictwo Kobiece.

Jak długo jesteś członkinią Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej?

Sprawdziłam to przed naszą rozmową – od stycznia 1995 roku, czyli od niemal 29 lat.

Przed nami kolejne święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Mogę prosić o życzenia od Ciebie dla nas wszystkich?

Pisząc ostatnio tekst o współczesnych alchemikach do „Czwartego Wymiaru”, przytoczyłam słowa Deepaka Chopry, lekarza, filozofa i autora bestselerowych książek z zakresu rozwoju osobistego, który w „Drodze duchowego czarodzieja. Kreuj życie, jakiego pragniesz” pisze, że „alchemiat o tak naprawdę słowo kod. Kryje się pod nim przekształcanie ludzkich istot w złoto, transformacja podstawowych cech, takich jak strach, ignorancja, nienawiść, wstyd, w znacznie cenniejsze rzeczy: miłość czy spełnienie”. A także: „Fakt, że żyjesz, oznacza, że możesz mówić, co tylko zechcesz, być, kimkolwiek zechcesz, i robić to, czego tylko pragniesz”. I tego nam wszystkim życzę.

Dziękuję za rozmowę
Ryszard Mulek

ROZMOWA Z JANEM STANISŁAWEM JEŻEM

Kiedy i w jakich okolicznościach rozpoczęła się Twoja dziennikarską przygoda?

W moim przypadku pytanie o dziennikarską przygodę jest postawione trochę na wyrost. Nigdy bowiem dziennikarstwo nie było moim zawodem i nigdy nie stanowiło najważniejszej formy mojej społecznej aktywności, chociaż poprawność językowa i sprawne posługiwanie się polszczyzną było moją pasją niemal od zawsze. Co prawda w szkole podstawowej oraz średniej, a było to niezwykle wymagające Liceum Pedagogiczne w Pułtusku, pisałem jakieś tekściki do gazetek szkolnych, ale tyle i nic więcej.

To w takim razie co uznasz za swój debiut dziennikarski?

Mówienie o debiucie dziennikarskim też jest nieco wyolbrzymione, chociaż chyba od 1973 roku moje fraszki i satyryczne rysunki były zamieszczane na łamach uczelnianego pisma „Pryzmat”. Czyli w pewnym sensie minęło już pięćdziesiąt lat od moich pierwszych publikacji prasowych. Jednak w „Pryzmacie” w większym stopniu zajmowałem się korektą, niż pisaniem tekstów, bowiem ta sfera nieustannie pozostawała w obszarze moich zainteresowań. Dopiero cztery lata później, czyli w 1977 roku, kiedy po studiach historycznych w Warszawie trafiłem do pracy we Wrocławiu, a właściwie do kontynuacji zawodowej służby wojskowej, moje pisanie się wyraźnie zintensyfikowało. Dużo publikowałem wówczas na łamach gazety Śląskiego Okręgu Wojskowego „Żołnierz Ludu”, przemianowanej z czasem na „Żołnierską Rzecz”.

Co było głównym tematem Twojego zainteresowania?

Z uwagi na to, że byłem pracownikiem Oddziału Kultury i Oświaty Śląskiego Okręgu Wojskowego, z oczywistych względów na tej problematyce koncentrowały się moje zainteresowania. W latach 1984-1989, czyli przez pełne pięć lat na łamach ”Żołnierskiej Rzeczy” redagowałem stałą rubrykę „Przygoda z poezją”. Kilka też lat redagowałem tzw. kolumnę kulturalną, która była swoistym poradnikiem metodycznym działalności kulturalno-oświatowej. Większość tekstów metodycznych do tej kolumny pisałem oczywiście sam. Ponadto w tym czasie byłem współtwórcą, opiekunem oraz przez kilka lat szefem Grupy Literackiej Śląskiego Okręgu Wojskowego „Dysonans”, co w pełni uzasadniało charakter moich zainteresowań. Przez kilka miesięcy raz w tygodniu miałem swój kącik literacki w Radiu Wrocław, współpracując w tym zakresie z redaktor Elżbietą Wróblewską. Prezentowaliśmy tam dorobek literacki członków „Dysonansu.

Skoro interesowałeś się twórczością literacką i ją aktywnie propagowałeś w środowisku wojskowym, to czy też czynnie zajmowałeś się literaturą?

Kiedyś jeden z kolegów, członek „Dysonansu”, zaproponował mi, że skoro jestem organizatorem i animatorem ruchu literackiego, bym spróbował swoich sił w tej dziedzinie twórczej ekspresji. Próbki swojej literackiej prozy wysłałem wówczas na konkurs do tygodnika „Rzeczywistość”, w którym główną nagrodą było zamieszczenie tekstu na łamach periodyku. I okazało się, że wszystkie moje wypociny wysłane do tej redakcji zostały opublikowane. Było to oczywiście wielkim czynnikiem mobilizującym, dlatego też zdecydowałem się bardziej poważnie zająć tą dziedziną twórczości. Pisałem dość dużo, zdobywając nagrody i wyróżnienia w lokalnych, regionalnych i resortowych konkursach literackich. Była to proza, poezja oraz poetycka satyra w formie limeryków, która z czasem stała się zasadniczym rodzajem mojej aktywności twórczej. Wydałem łącznie osiemnaście własnych tomików, w tym dwa poezji, dwa prozy i czternaście satyry. Jednak za największe osiągnięcie literackie uznaję tomik poezji „Wrocławskie spotkania” ze wstępem prof. Jana Miodka, który doczekał się wielu bardzo pochlebnych recenzji. Jetem zaszczycony, że znajduje się on w zbiorach biblioteki watykańskiej, oraz że otrzymałem szczególne podziękowanie, które na piśmie w imieniu papieża Jana Pawła II przesłał mi Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej.

A co z Twoją aktywnością dziennikarską?

Cały czas publikowałem swoje teksty w prasie wojskowej i cywilnej, w tym w „Gazecie Wyborczej”, „Słowie Polskim”. A że twórczość literacka nadal pozostawała w sferze moich zainteresowań, spróbowałem swoich sił w krytyce literackiej . Sporo recenzji opublikowałem na łamach periodyku literackiego „Akant”, a jednocześnie pisałem wstępy i posłowia do wielu książek autorskich i zbiorowych, redagowałem lub współredagowałem różne publikacje, a często wykonywałem ich korektę.
*To w jaki sposób trafiłeś do SDRP, a nie do jakiegoś stowarzyszenia literackiego, i jak odnalazłeś się w tym środowisku?

Chyba w połowie 2015 roku jeden z kolegów zaproponował mi wstąpienie do SDRP Dolny Śląsk. Wypełniłem odpowiedni kwestionariusz, uzyskałem wsparcie dwóch przedstawicieli Zarządu i 15 października 2015 roku formalnie stałem się członkiem SDRP Dolny Śląsk. A że z natury jestem osobą aktywną, pracowitą i nie znoszę bezczynności, to przymioty te szybko zostały dostrzeżone przez członków Stowarzyszenia, a szczególnie przez jego Zarząd, więc powierzano mi doraźnie wykonywanie różnych zadań z terminem wykonania zazwyczaj na wczoraj. W sierpniu 2021 roku zostałem wybrany do Zarządu SDRP Dolny Śląsk, w którym powierzono mi funkcję wiceprzewodniczącego. Zostałem też delegatem na Krajowy Zjazd SDRP, gdzie wybrano mnie na sekretarza Głównej Komisji Rewizyjnej Stowarzyszenia.

A jaką problematyką zajmujesz się obecnie, bo o ile wiem, z wojskiem nie masz obecnie żadnych kontaktów?

Z uwagi na to, że jestem tak zwanym członkiem wspierającym Związku Inwalidów Wojennych RP, w którym już trzecią kadencję pełnię funkcję przewodniczącego Okręgowej Komisji Rewizyjnej, uczestniczę niemal we wszystkich uroczystościach proobronnych, patriotycznych i państwowych, jakie odbywają się we Wrocławiu, a jest ich naprawdę bardzo dużo, piszę relacje z tych uroczystości i publikuję je na łamach kwartalnika Biuletyn Informacyjny „Raport”, który jest organem prasowym Zarządu Okręgowego ZIWRP. Część z nich jest też zamieszczana na stronie internetowej naszego SDRP Dolny Śląsk. Na stronie tej zamieszczam także relacje z wielu przedsięwzięć Stowarzyszenia. Ponadto jestem rzecznikiem prasowym pewnej małej, niszowej partii politycznej, której nazwy świadomie wymieniał nie będę, a to też nakłada na mnie pewne obowiązki piśmiennicze. Ponadto zamieszczam swoje teksty, głównie satyrę polityczną i obyczajową, na łamach Odrodzonego Słowa Polskiego, Rzeczypospolitej Dolnośląskiej i kilku innych pism.

Od dwóch lat nie wydaję już tomików swojej satyry, ale piszę nieustannie. Codziennie na portalu literackim Publixo zamieszczam jeden, a zazwyczaj dwa limeryki lub inne teksty. Robię to już od 2011 roku. W tym czasie opublikowałem tam 4200 różnych tekstów literackich, głównie limeryków, ale nie tylko, oraz ponad 4000 komentarzy.
*Czy próbowałeś kiedyś dokonać bilansu swojego dorobku literackiego i dziennikarskiego?

Formalnie takiego bilansu nie dokonywałem, ale spróbuję to zrobić teraz. Jak już mówiłem wcześniej, wydałem osiemnaście autorskich tomików literackich. Moje teksty były ponadto publikowane w kilkudziesięciu almanachach. Robiłem korektę, redagowałem lub współredagowałem kilkadziesiąt książek i broszur, a do wielu z nich pisałem wstępy, posłowia lub recenzje. Jeżeli zaś chodzi o publikacje prasowe, to Cię zaskoczę. Ze względu na swoją skrupulatność mam w opasłym skoroszycie wycinki wszystkich moich publikacji prasowych, z wyjątkiem „Pryzmatu”, a jest ich chyba ponad pięćset. Niektóre z nich są już pożółkłe, ale trzymają się dobrze, bowiem są naklejone na białą kartkę papieru i szczegółowo opisane.

Zaskoczyłeś mnie swoimi niektórymi informacjami. Czy Twoja aktywność publicystyczna, literacka i inna zostały dostrzeżone i czy byłeś z tego powodu w jakiś sposób satysfakcjonowany?

Jeżeli chodzi o pracę zawodową i wiążące się z tym awanse i profity finansowe, to nie. Natomiast jeśli masz na uwadze inne formy satysfakcjonowania, jak choćby odznaki, medale, krzyże i inne, to tak. Wymienię tylko część z nich z nich, a szczególnie te, które w jakiś sposób są związane z kulturą i dziennikarstwem. Redakcja „Żołnierskiej Rzeczy” uhonorowała mnie Złotym Piórem, minister kultury i sztuki nadał mi odznakę „Zasłużony Działacz Kultury”, minister obrony narodowej medal „Zasłużony dla Kultury w Wojsku Polskim”, szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych medale „Pro Patria” i „Pro Bono Poloniae”, a minister odpowiedzialny za oświatę i wychowanie Medal Komisji Edukacji Narodowej. Zdarzyło się to 14 października 1986 roku, więc miałem wtedy 40 lat i byłem rzekomo jednym z najmłodszych kawalerów tego medalu. W 2019 roku zostałem uhonorowany Złotą Odznaką „Za Zasługi dla SDRP Dolny Śląsk”.

Nadanie mi tytułu Dolnośląskiego Dziennikarza Roku przyjąłem z wielką satysfakcja, gdyż stanowić ono będzie dopełnienie, swoiste zamknięcie zaprezentowanego w tej rozmowie bilansu mojej aktywności społecznej.

Bardzo dziękuję za ciekawą rozmowę i jeszcze raz składam gratulacje z powodu tego wyróżnienia. W pełni na nie zasłużyłeś.

Rozmowę przeprowadził Ryszard Mulek

Autor zdjęć: Ryszard Godlewski

Komentarze

Pozostaw komentarz:





  • Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska

    legitymacja Członkowie naszego stowarzyszenia mogą uzyskać legitymacje dziennikarskie (International Press Card) Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy FIJ (IFJ), z siedzibą w Brukseli.
  • POLECAMY

    Dziennikarz Olsztyński 4/2023  
    BEZPIEKA WIECZNIE ŻYWA Trafiamy na książkę Jacka Snopkiewicza „Bezpieka zbrodnia i kara?”, wydaną wprawdzie przed trzema laty, ale świeżością tematu zawsze aktualna. „Bezpieka” jest panoramą powstania i upadku Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, urzędu uformowanego na wzór radziecki w czasach stalinizmu.

    Więcej...


    Wojciech Chądzyński: Wrocław, jakiego nie znacie Teksty drukowane tutaj ukazywały się najpierw w latach 80. ub. wieku we wrocławskim „Słowie Polskim”, nim zostały opublikowane po raz pierwszy w formie książkowej w 2005 roku.

    Więcej ...


    Magnat prasowy, który umarł w nędzy 17 grudnia 1910 roku ukazał się w Krakowie pierwszy numer Ilustrowanego Kuryera Codziennego – najważniejszego dziennika w historii polskiej prasy. Jego twórca – pochodzący z Mielca – Marian Dąbrowski w okresie międzywojennym stał się najpotężniejszym przedsiębiorcą branży medialnej w Europie środkowej.

    Więcej ...


    Olsztyńscy dziennikarze jako pisarze Niezwykle płodni literacko okazują się członkowie Olsztyńskiego Oddziału Stowarzyszenia. W mijającym roku ukazało się sześć nowych książek autorów z tego grona. Czym mogą się pochwalić?

    Więcej ...



    Wyścig do metali rzadkich Niedawno zainstalowany w Warszawie francuski wydawca Eric Meyer (wydawnictwo o dźwięcznej nazwie Kogut) wydał na przywitanie dwie ciekawe pozycje, z których pierwszą chcemy przedstawić dzisiaj. To Wojna o metale rzadkie francuskiego publicysty Guillaume Pitrona, jak głosi podtytuł Ukryte oblicze transformacji energetycznej i cyfrowej.

    Więcej...

     

  • RADA ETYKI MEDIÓW

  • ***

    witryna4
    To miejsce przeznaczamy na wspomnienia dziennikarzy. W ten sposób staramy się ocalić od zapomnienia to, co minęło...

    Przejdź do Witryny Dziennikarskich Wspomnień

    ***

  • PARTNERZY

    infor_logo


  • ***

  • FACEBOOK

  • ARCHIWUM