Danuta Dunin-Wąsowicz (31 stycznia 1930 – 30 października 2018)

| 9 Lis 2018  18:25 | Brak komentarzy

Bardzo osobiste wspomnienie o red. Danucie Dunin-Wąsowicz przekazała nam red. Irena Scholl, która mówi o Danusi: moja najdłuższa psiapsiółka.

„Moja najdłuższa psiapsiółka”

Że z Danką jest źle, wiedziałam już od wielu tygodni przed Jej śmiercią. Marek (mąż) nigdy nie tracił nadziei. Używał formy informacyjnej, unikał ukazującego skrywaną rozpacz tonu felietonowo – komentarzowego, mówiąc np. o tym, że pielęgniarz nosi bezsilną Danusię do wanny. W ten sposób poznawałam coraz gorszą prawdę. 30 października poznałam tę najgorszą, ostateczną: o 8 rano Jej zwykły sen, w który coraz częściej zapadała, przekształcił się w wieczny. Odeszła spokojnie, już nie cierpiąc dzięki środkom uśmierzającym ból.

Od tamtej chwili, a zwłaszcza 6 listopada, podczas żałobnego nabożeństwa i pogrzebu na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ul. Żytniej 42 w Warszawie, i teraz wciąż jeszcze, przewija się w mojej głowie taśma z nagraniami, których dokonała zawodna, niestety, pamięć.

Znałyśmy się z Danusią 88 lat, czyli – rzec można – od narodzin w tym samym, 1930 roku. Ona była córką Stanisławy i Józefa Pośpiechów – tata był księgowym w naszej kalwińskiej (jak mawiają w Warszawie) parafii, zaś mój wujek, pastor Ludwik Zaunar, jej drugim proboszczem. Obie rodziny zajmowały mieszkania „służbowe” w lewej oficynie Pałacu Zuga przy ul. Leszno 20 – obie oficyny poległy podczas zagłady Warszawy po Powstaniu, a po wojnie nie zostały, niestety, odbudowane. Do dawnej świetności wrócił główny budynek pałacu z pomieszczeniami parafialnymi, m. in. salą zborową. I to właśnie na podłodze tej sali w 1930 r. ćwiczyłyśmy raczkowanie, potem chodzenie kuksając się, ściskając, wymieniając całuski, zabawki, cukierki.

Działo się to regularnie co tydzień podczas agap. Agapa, po grecku miłość, słowem tym pierwsi chrześcijanie określali swoje pierwsze spotkania po śmierci Chrystusa. Odbywały się po eucharystii, a u nas kontynuuje się tę tradycję pod nazwą „herbatka”, na którą przychodzą po nabożeństwie całe rodziny. Tu był niejako nasz drugi dom. Bardzo byliśmy zżyci.

Podrosłyśmy i rozpoczęłyśmy naukę religii w niedzielnej szkółce. Wśród katechetek był moje obie ciocie: pastorowa Irena i Mela (siostry mojego taty). Mela, nauczycielka i działaczka ZNP, po I wojnie tworzyła bibliotekę Związku, szkoły dla pracujących i uniwersytety robotnicze na warszawskim Powiślu, o czym Danka dowiedziała się ode mnie, bo ciocia Mela była uosobieniem skromności i o popisywaniu się czymkolwiek nie było mowy. Pamiętam że Danka, jak już przybywało nam w głowach oleju, wypytywała ciocię Melę o tamte dzieje. Tak więc bardzo wcześnie ujawniła się Jej dziennikarska ciekawość i sądzę, że nie było przypadkiem Jej zainteresowanie właśnie tematyką społeczną, edukacyjno-oświatową. Ale o tym za chwilę.

Kiedy Powstanie Warszawskie padło i niemcy (nie poprawiać, o członkach tej narodowości pisało się wówczas małą literą) weszli na teren parafii i spytali, kto tu jest nie polskiego pochodzenia, najwyraźniej oczekiwali odpowiedzi twierdzącej, wszak znaleźli się wśród ewangelików, ale i Zaunarowie i Pośpiechowie ich zawiedli, nie skorzystali z okazji, aby ujść wolno, uniknąć Pruszkowa. A przecież mogli odpowiedzieć twierdząco. Tak, z pochodzenia nie jesteśmy Polakami, co było prawdą. Ich korzenie były w Czechach! Wujka Lutka wywieźli do Dachau, tej znanej kaźni duchownych różnych wyznań, gdzie zginął w lutym 1945 r. Pani Stanisława z Danusią, także ciocia Irena znalazły się w Ravensbruck, dzieląc los 30 tys. Polek. Szczęśliwie nie podzieliły losu 17 tys., które zginęły w tym strasznym koncentraku. Kiedy po wojnie warszawiacy jakoś się poodnajdywali, nie pamiętam, aby któraś z nich opowiadała o horrorze, jaki przeżyła. Epatowanie cierpieniem, demonstrowanie martyrologii, popisywanie się patriotyzmem – to nie w kalwińskim stylu.

Ale przecież w każdej z nich tamten okres pozostawił ślady. Ciocia Irena żyła raptem 64 lata, zaś Danusi młodziutki organizm nie wytrzymał głodowych racji i ciężkiej, niewolniczej pracy. Jeszcze przed 20-tką dopadła Ją gruźlica. Los sprawił, że podczas jednego z etapów Jej choroby pracowałyśmy przez 4 lata (1953-1957) w jednym pokoju redakcji związkowego dziennika „Głos Pracy”, który znajdował się na IV piętrze budynku przy ul. Smolnej 12. W tamtym okresie nie było w nim windy! Podczas wojny zburzony został sąsiedni dom, nośna ściana naszego naruszona i jakoś tam podparta, ale o uruchomieniu dźwigu nie było mowy. Nastąpiło to po latach, gdy na styk zbudowano nowy dom. (Za te wszystkie szczegóły nie ręczę. Dziury w pamięci.) Gdy Danka odbyła wspinaczkę, padała pół żywa na krzesło, a ja przykładałam ucho do Jej klatki piersiowej skąd dochodziło głośne rzężenie. Pooperacyjne zrosty zaciskały się wokół aorty… Potem je wypalano poprzez dziurę w boku. Moja wspinaczka stała się uciążliwa, gdy rósł mi w brzuchu Władek. Wtedy Danka mnie osłuchiwała, ale to były wesołe chwile. Zwłaszcza, że miała poczucie humoru i gdy Władek zaczął serwować solidne kopniaki, zamieniała się w sprawozdawcę z meczu piłkarskiego. W tamtych czasach fundowałyśmy sobie jeszcze jedną wspinaczkę – na III piętro kamienicy przy ul. Górskiego, gdzie po ślubie Dunin-Wąsowiczowie zamieszkali u mamy Marka. Ukochana teściówka podawała natychmiast pyszną zupkę, a brat Marka, Krzysztof, historyk, gdy właśnie był w domu, opowiadał ciekawe historie z historii, bo go maglowałam i dostawałam najnowsze książki.

Kiedy poszłam na urlop macierzyński, najpierw ustawowy, a potem bezpłatny, do domu letniskowego zbudowanego przez moich rodziców przed moim pojawieniem się na świecie, w którym zamieszkałam po ślubie, przyjeżdżała na letnie niedziele cała redakcyjna ferajna. Był piękny ogród, Zbyszek robił nalewki na owocach z naszych własnych drzew. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek i gdziekolwiek tak się śmiała, jak wtedy. Piękna Danka była, jak zawsze, duszą towarzystwa. Wesoły Mietek Ziemski, szef naszego działu, jak również Andrzej Dobrzyński, wówczas głosopracowy główny prawnik (gazeta była świetnym edukatorem w dziedzinie prawa pracy, a na pierwszej stronie znajdowała się stała pozycja piętnująca łamanie tego prawa pod tytułem „Bolesne sprawy dnia powszedniego”) opowiadali niecenzuralne kawały obyczajowo-politycznie. Ale naczelnym rozśmieszaczem był Mariusz Kwiatkowski, nasz działowy kolega, syn Remigiusza Kwiatkowskiego, znanego przed wojną autora aforyzmów „Parasol noś nawet przy pogodzie”.
Te wesołe spotkania przypominały Dance i mnie wygłupy podczas niedzielnych spotkań w Skolimowie, gdzie rodzina Pośpiechów zamieszkała po wojnie. Moim popisowym numerem było stanie na głowie.

W 1957 r. rozstałyśmy się z Danką na długie lata. Przeszła do nowej popołudniówki „Kuriera Polskiego”. I – jak to Ona – całym sercem i umysłem zaangażowała się najpierw w jej tworzenie, a potem prowadzenie działu – oczywiście – kulturalno-oświatowego. Potem pracowała w innych działach, m. in. była korespondentem „Kuriera” w Pradze. Minęło kilka lat, przeszła do „Tygodnika Demokratycznego” na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. Miała coraz więcej obowiązków, bo rodzina się powiększała. Syn Tomek zafundował Jej trzech wnuków, których uwielbiała i poświęcała im każdą wolną chwilę. Potem pojawiła się prawnuczka. Poznawałam ich podczas uroczystych obchodów rocznic ślubu Dunin – Wąsowiczów i urodzin Danusi. Wątpię, czy ich kiedyś zobaczę. Zapamiętam, jak podczas pogrzebu ukochanej babci podtrzymują nie mogącego utrzymać się na nogach Marka. Zapamiętam pożegnalne słowa, które napisał, ale nie mógł wypowiedzieć, w czym zastąpił go prof. Roch Dunin – Wąsowicz, wykładowca na Londyńskim Uniwersytecie. Mój kochany Roszek, mówiła o nim Danka, dumna ze świetnie wyedukowanego, między innymi w USA, wnuka. Pamiętam jak w „Głosie” z dumą pisała o sukcesach w walce z analfabetyzmem, dzięki którym coraz więcej młodzieży ze wsi, z robotniczych rodzin może studiować…

Czy ktoś o tym wspomni w 100-lecie odzyskanej niepodległości? -zastanawiała się Danka, kiedy jeszcze mogła rozmawiać przez telefon. A z badań socjologicznych wynika, że dziś coraz więcej studentów pochodzi z zamożnych rodzin… Na takie refleksje stać dziś tylko bardzo starych ludzi.

Ale zanim zrobiłyśmy się takimi, w 1988 r. połączyła nas jeszcze na kilkanaście lat wspólna praca w Społecznym Komitecie Opieki nad Zabytkami Cmentarza Ewangelicko-Reformowanego w Warszawie. Z pomocą Jerzego Waldorffa opracowałam statut Komitetu, zaprosiłam „znane nazwiska” i energiczne osoby z parafii, ówczesny proboszcz Bogdan Tranda (nieodżałowany !) pomógł zarejestrować Stowarzyszenie w sądzie, a Danusię, człowieka wielkiej rzetelności i pracowitości poprosiłam, aby była sekretarzem. Zgodziła się natychmiast, choć to przecież papierkowa robota, niewdzięczna i żmudna. Obie jej nienawidziłyśmy. Tak z ręką na sercu, to my obie przez kilkanaście lat „ciągnęłyśmy” Komitet. Tych różnych formalności było sporo, parafia pomagała, gdy żył Bogdan, potem różnie bywało. Nie będę opisywała naszych osiągnięć z tamtego okresu. Można je odczytać na naszym cmentarzu. Zostało odrestaurowanych 26 najbardziej zniszczonych, pięknych nagrobków, w których spoczywają prochy naszych słynnych przodków. Pomocą finansową wspierało nas miasto dzięki wystąpieniom o dotacje stołecznego konserwatora zabytków, któremu przekazywałyśmy uzasadnione wnioski. Podczas pogrzebu podziękowałam Dance za tamte lata. Dziękuję też Markowi, który nam świadczył samochodowe usługi.

Irena Scholl

Poznawaliśmy filmy z Jego felietonów

| 12 Paź 2018  19:00 | Brak komentarzy

Nie żyje Czesław Dondziłło (7.08.1942 – 9.10.2018). Pożegnamy Go w poniedziałek, 15 października, o godz. 13.30 na Cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie. Dziennikarz, krytyk filmowy, dla którego branża filmowa nie miała tajemnic.

> Czytaj dalej >>>

We wtorek 2 października zmarła Redaktor Józefa Kozaczyńska–Apenit

| 10 Paź 2018  15:13 | Brak komentarzy


Urodziła się 26 czerwca 1927 roku w Brześciu nad Bugiem. Jej ojciec był dziennikarzem Polskiej Agencji Prasowej (zginął w 1939 roku). Do Zielonej Góry przyjechała w roku 1953 ze Szczecina, gdzie pracowała w redakcji Głos Szczeciński i została członkinią zespołu redakcyjnego Gazety Zielonogórskiej. Był to czas kształtowania się tego dziennika, w którym to procesie red. Józefa Kozaczyńska miała znaczący udział.

W roku 1959 poproszono Ją o zasilenie zespołu redakcyjnego młodej, niedawno uruchomionej rozgłośni Polskiego Radia. Zgodziła się i pracowała w radiu aż do emerytury. Pełniła w nim wiele ważnych dla programu funkcji: Kierownika Redakcji Ekonomicznej i Społecznej, a następnie Kierownika Redakcji Publicystyki i Reportażu. Opiekowała się także dziennikarską młodzieżą. Swoją wiedzą i doświadczeniem chętnie dzieliła się z adeptami dziennikarstwa i początkującymi dziennikarzami. Wpajała im zasadę, że dziennikarstwo to nie jest praca lecz służba społeczeństwu a podstawową powinnością dziennikarza jest zachowanie niezależności i dążenie do poznania i ukazania prawdy. Przekonywała, że ta zasada obowiązuje dziennikarza niezależnie od tego w jakim systemie ideologicznym czy politycznym przyszło mu pracować.
Od początku swojej dziennikarskiej pracy red. Józefa Kozaczyńska–Apenit była bardzo aktywną członkinią Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a następnie Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. W mediach zielonogórskich przepracowała łącznie 29 lat.
Po przejściu w roku 1982 na emeryturę nie zrezygnowała z przynależności do SDRP i jako członkini Lubuskiego Oddziału nadal chętnie dzieliła się swoim doświadczeniem z członkami Stowarzyszenia. W czerwcu minionego roku świętowaliśmy Jej dziewięćdziesiąte urodziny.

Wspominamy Przyjaciela

| 12 Wrz 2018  21:16 | Brak komentarzy

Sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, Tadeusz Myślik. Gdyby żył, 14 września 2018 roku wspólnie świętowalibyśmy 90. rocznicę Jego urodzin.

Był wybitnym reprezentantem polskiego dziennikarstwa. Człowiek wielu talentów. Dziennikarz, społecznik, polityk, dyplomata, parlamentarzysta. Przez całe życie był wierny swoim ideałom.

> Czytaj dalej >>>

Ryszard Karpowicz (1 II 1931 – 26 VIII 2018)

| 4 Wrz 2018  17:29 | Brak komentarzy

Walne zebranie Oddziału Warszawskiego SD RP – 12 września 2012

Ciągle w ruchu, ciągle z nowymi pomysłami. Miał ogromną wiedzę. Był gadułą, ale erudytą. Wiele można się było od Niego nauczyć. Wszędzie Go było pełno – również w naszym Stowarzyszeniu, w klubach, na spotkaniach. Był w Zarządzie Oddziału Warszawskiego (2000 – 2004). Od VII Zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (maj 2008) był członkiem Terenowego Sądu Dziennikarskiego Oddziału Warszawskiego SD RP.

Przez całe życie zaangażowany w sprawy tzw. „wschodniej ściany” – uważał, że to ta część Polski najbardziej ucierpiała na transformacji ustrojowej. Chciał i działał na rzecz ożywienia gospodarczego i kulturalnego tego regionu Polski. To tam, urodził się 1 lutego 1931 roku Ryszard Karpowicz. Kodeń, niegdyś miasto, obecnie wieś w powiecie bialskim. Zmarł 26 sierpnia 2018 roku. Już nie pojedzie na ukochane Podlasie.

> Czytaj dalej >>>

Leszek Łożyński 20.01.1933 – 13.08.2018

| 22 Sie 2018  15:53 | Brak komentarzy


Fotoreporter. Kochał fotoreporterkę, szanował swoje zajęcie, nigdy nie pomyślał, aby zająć się czym innym. W styczniu 1960 roku, mając pełne kwalifikacje fotografika i fotolaboranta, rozpoczął pracę w „Sztandarze Młodych”. Tam Go poznałem. Po dwunastu latach przeszedł do tygodnika „Sportowiec”, specjalizując się w opisywaniu zdjęciami sukcesów polskich lekkoatletów. Wrócił do szerszej tematyki w 1975 roku, jako fotoreporter Agencji „Interpress”, a kontynuował to przez dekadę lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia w nowo powstałym dzienniku „Rzeczpospolita”.

Odszedł stamtąd w 1990 roku, po zmianie kierownictwa i programu pisma. Przez kilka lat pracował kolejno w paru pismach codziennych, efemerydach, znanych w środowisku dziennikarskim z trudności otrzymywania zarobionych pieniędzy. Opowieść o jednej z tych „przygód” nadaje się do pisma humorystycznego. Leszek, po krótkich pertraktacjach z Naczelną (w których zresztą uczestniczyłem jako znajomy) zameldował się w redakcji gotów do pracy, aby dowiedzieć się , że dziennik już skończył swój żywot. Ostatnie lata, już emeryta, to fotoreporterska współpraca z Biurem Prasowym Sejmu. Był od 1962 r. członkiem SDP, następnie SDRP.

> Czytaj dalej >>>

Zmarł Karol Strug

| 29 maja 2018  19:21 | Brak komentarzy

W wieku 92 lat zmarł Karol Strug, mistrz dziennikarstwa, twórca i pierwszy redaktor naczelny „Echa Dnia”, wychowawca wielu pokoleń dziennikarzy w Kielcach .

Przed przybyciem do Kielc dziennikarz wrocławskiego „Kuriera Ilustrowanego”1948: w kolejnych latach zajmowal kierownicze stanowiska kierownik w wałbrzyskim odddziale „Dziennika Zachodniego”1950, „Trybunie Wałbrzyskiej, ”Gazecie Zielonogórskiej”- a także w miesięczniku „Nadodrze” / Zielona Góra/.

> Czytaj dalej >>>

Pożegnanie Janusza Kasprzyckiego

| 29 maja 2018  12:05 | Brak komentarzy

Zmarł Janusz Kasprzycki (1942-2018), wybitny dziennikarz, prawy działacz lewicy w starym, szlachetnym stylu. Aktywny uczestnik ruchu studenckiego, Związku Młodzieży Socjalistycznej i PZPR, kierownik w PAI „Interpress’, Radiokomitecie, współorganizator „NIE”. Był autorem wielu głębokich i rzeczowych tekstów w lewicowych tytułach.

Pożegnanie Janusza odbyło się w Domu Przedpogrzebowym na Powązkach Wojskowych w poniedziałek 28 maja, w którym uczestniczyła żona Grażyna, rodzina i przyjaciele. W imieniu przyjaciół pożegnał Janusza Kasprzyckiego Tomasz Milkowski:

„Janusz zaprosił nas na swoje 75. urodziny. Nas, to znaczy kolegów i przyjaciół, z którymi związały się jego losy. Klucz zaproszeń, jakim się posłużył, okazało się, był prosty i czysty jak intencje, którymi się w życiu kierował. Zaprosił tych, tak przynajmniej powiedział w zaszczycającym nas toaście urodzinowym, bardziej ku czci przybyłych niż swoim własnym, otóż powiedział, że spotykamy się w gronie tych, którzy pozostali sobie, czyli lewicy, wierni, którzy się nie sprzeniewierzyli (a prawdę mówiąc, użył słowa mniej przystojnego, którego tutaj nie wypada cytować). Pewnie nas przeceniał, ale poczuliśmy się wyróżnieni. Janusz potrafił budować dobrą, przyjazną aurę. Tchnął optymizmem, nawet wtedy, kiedy okoliczności niekoniecznie do optymizmu skłaniały. Miał nieprzebrane pokłady poczucia humoru i tak potrzebnej, żeby swobodnie oddychać, ironii i autoironii.

Nauczył mnie tej sztuki prawie przed półwiekiem, był bowiem jednym z moich pierwszych szefów. Skupiony na pracy, ale wyluzowany. Swobodny, ale solidnie przygotowany, lojalny, ale krytyczny. Zawsze można było na nim polegać.

W ostatnich latach częściej spotykaliśmy się w mediach społecznościowych niż w rzeczywistości. Ale była to nader żywa obecność, ta Janusza, zawsze trzymającego rękę na pulsie, bacznego obserwatora, wnikliwego komentatora i ironisty, urodzonego dziennikarza, obdarzonego darem odczytywania znaków, jakie daje świat i jakie dają ludzie. Bardzo brakuje jego uwag towarzyszących biegowi zdarzeń i sumiennych lekcji historii, których udzielał nawiązując do pamiętnych wydarzeń z przeszłości, wspominając wielkich bohaterów historii, dzisiaj zapomnianych albo niedocenianych.

Czekałem, i co tu kryć, nadal czekam, na jego facebookowe wypominki, choć przecież wiem, że już ich nie będzie. Jest jednak w każdym z nas taka klatka, w której pamięć trwa, i dopóki serce się kołacze, Janusz się z tej klatki pamięci nie wymknie. Będziemy go strzec, a przynajmniej ja będę strzec na pewno. Żegnaj Januszu, nasz, mój, wasz serdeczny druhu.

Cześć Twojej Pamięci”.

[fot. Seweryn Kowalski]

Odszedł Tadeusz Willan, nasz Prezes

| 18 Kwi 2018  19:05 | Jeden komentarz


We wtorek, 17 kwietnia 2018 roku, po długiej i ciężkiej chorobie odszedł od nas Tadeusz Willan, prezes olsztyńskiego oddziału SDRP. Miał 85 lat.

Tadeusz zawsze podkreślał, że jest z krwi i kości Mazurem. Urodził się w mazurskiej Krutyni i tam na ojcowiźnie przeważnie spędzał letnie miesiące swego życia. Ale mimo emerytury nadal parał się piórem, wydając „Mazurską Pocztę Bocianią” oraz naszego „Dziennikarza”. Ostatnio napisał rozdział do książki poświęconej innemu Mazurowi – Erwinowi Krukowi. Tadeusz był rasowym dziennikarzem, redaktorem i literatem. Swój reporterski pazur pokazał w znakomitym reportażu historycznym „Droga przez morze”, ukazującym tragiczną ewakuację ludności cywilnej z Prus Wschodnich na przełomie lat 1944/1945. Była to jedna z pierwszych publikacji na ten temat w powojennej Polsce. Równie ważny w Jego twórczości był zbiór reportaży „Nienawiść i pajda chleba”. Jego powieść „…by światło, które jest w tobie nie stało się ciemnością” zdobyła nagrodę w konkursie „Pojezierza”. Tłumaczył także opowiadania niemieckiego prozaika i dramaturga Hermanna Sudermanna. Poza tym jest autorem kilkunastu baśni mazurskich.

Po ukończeniu dziennikarstwa i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim Tadeusz Willan pracował w prasie: „Sztandarze Młodych”, „Głosie Olsztyńskim” (potem „Gazecie Olsztyńskiej”), a od 1977 roku jak naczelny „Warmii i Mazur”. Był współzałożycielem i przewodniczącym Stowarzyszenie Mazurskiego w Krutyni, gdzie organizował sympozja i spotkana na tematy mazurskie z udziałem wybitnych przedstawicieli świata nauki i mediów. Za swoją działalność był wielokrotnie wyróżniany, w tym Krzyżem Oficerskim OOP, odznaką „Zasłużonym dla Warmii i Mazur” oraz – w 2014 roku – Krzyżem Zasługi na wstędze Orderu Zasługi republiki Federalnej Niemiec.

I co dla nas ważniejsze – od kilkunastu lat niezmiennie pełnił funkcję prezesa Zarządu Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP w Olsztynie. Tadeusza pożegnamy w piątek, 20 kwietnia, najpierw w kościele ewangelickim w Mrągowie, a potem na cmentarzu w rodzinnej Krutyni.

Żegnaj, Przyjacielu
Zarząd Oddziału SDRP

ŻEGNAMY LECHA WINIARSKIEGO

| 27 Lut 2018  21:42 | Brak komentarzy

22 lutego 2018 odszedł z naszego dziennikarskiego, stowarzyszeniowego grona Lech Winiarski. Miał 89 lat.

Drogę zawodową rozpoczął 67 lat temu w Gazecie Krakowskiej. Od 1955 roku był członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a do grudnia 2017 roku czynnym uczestnikiem spotkań w Stowarzyszeniu Dziennikarzy RP. Po okresie krakowskim 11 lat spędził w Kielcach, w redakcji Słowa Ludu.

W 1969 roku rozpoczął swą dziennikarską przygodę w Warszawie. Początkowo w Polskim Radio w redakcji Muzyki Aktualności, następnie w Agencji Robotniczej, w Polityce, Życiu Partii, Trybunie Ludu i tygodniku Rada Narodowa. W tygodniku nasze drogi się spotkały.

> Czytaj dalej >>>

Wyświetl więcej »
  • Redaktorowi STEFANOWI TRUSZCZYŃSKIEMU wyrazy głębokiego współczucia po śmierci córki DOROTY składają Zarząd Główny i Oddział Warszawski Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej
  • POLECAMY

  • SZLIF

    ”Szlif”: Czas podsumowań i nie tylko
    Koniec grudnia jest z pewnością jednym z najbardziej ekscytujących i sentymentalnych momentów w ciągu całego roku. Nie dość, że przypada on na okres świąt Bożego Narodzenia, to jeszcze z niecierpliwością czekamy na końcowe odliczanie, które z każdą sekundą zbliża nas do pierwszego dnia stycznia i różnych noworocznych postanowień. Czytaj więcej...
  • ***

    witryna4
    To miejsce przeznaczamy na wspomnienia dziennikarzy. W ten sposób staramy się ocalić od zapomnienia to, co minęło...

    Przejdź do Witryny Dziennikarskich Wspomnień

    ***

  • PARTNERZY

    infor_logo


  • FACEBOOK

  • Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska

    legitymacja Członkowie naszego stowarzyszenia mogą uzyskać legitymacje dziennikarskie (International Press Card) Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy FIJ (IFJ), z siedzibą w Brukseli.
  • Menu

  • Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy


    Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej jest organizacją członkowską Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy.
  • Tagi

  • ARCHIWUM