Prawo prasowe – od nowa

| 16 kw. 2015  11:24 | Brak komentarzy

paragraf

Autoryzacja, sprostowanie, odpowiedź, rzetelność, szczególna staranność, krytyka. Pojęcia znane każdemu dziennikarzowi, opisane w prawie prasowym, wyznaczają ramy działania dla prasy, ale często stają się też jarzmem, a niekiedy nawet batem na niepokornych, zbyt ciekawych, i odważnych dziennikarzy. Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich zorganizowało konferencję, podczas której na konkretnych przykładach starało się pokazać jak przepisy prawa prasowego, wielokrotnie nowelizowanej ustawy z 1984 r., zupełnie nie przystającej do dzisiejszych warunków funkcjonowania mediów, nadal skutecznie utrudniają pracę dziennikarzom w naszym kraju.

Przykłady były dwa. Pierwszy o swoim problemie opowiadał (dzięki nowoczesnej technologii, nie było go bowiem na sali) pan Maciej Kuciel. Dziennikarz śledczy TVN UWAGA ma poważne problemy prawne, jest już prawie skazańcem, bo sąd uznał go za winnego rozpowszechniania informacji utrwalonych za pomocą zapisów fonicznych bez zgody osoby udzielającej informacji, czyli nagrał przez telefon rozmowę, nie mówiąc, że nagrywa. Dziennikarz dostał dodatkowo 2 tysiące złotych grzywny, ale przecież nie o pieniądze tu chodzi, lecz fakt, że za wykonywanie swojej pracy będzie miał wyrok karny i nawet na kasie w biedronce pracować nie może. Zdaniem sądu Kuciel naruszył art. 14 pp w trybie podstawowym, nagrał rozmowę, nie poinformował pokrzywdzonej, że jest ona nagrywana, a potem rozpowszechnił rozmowę w mediach. Pokrzywdzoną nie była jednak prywatna osoba zaczepiona w autobusie, lecz Krystyna Sz., przewodnicząca wydziału karnego Sądu Okręgowego w Olsztynie, a sprawa dotyczyła podsłuchów CBŚ, które prokuratura miała zignorować, czyli wiązała się bezpośrednio z wykonywanymi przez sędzię obowiązkami. Chociaż Kuciel po uzgodnieniu z wydawcą zadbał o zachowanie anonimowości swojego rozmówcy, w tym przypadku zmienił głos pani Krystyny Sz. mimo to, trafił na wokandę. Sprawa toczyła się długo. Dziennikarz ciągany po sądach (o ile tego nie lubi, i nie jest sprawozdawcą sądowym) pracy swojej wykonywać dobrze nie może, ale żyć musi i to jeszcze z piętnem nierzetelnego. W 2014 roku Sąd Okręgowy uchylił poprzedni wyrok skazujący i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia przez Sąd Rejonowy. Ale nie dlatego, że dostrzegł iż pani Krystyna za własną głupotę mści się na dziennikarzu, który ją nagrał, wykorzystując do tego wszelkie, nawet absurdalne metody, ale ponieważ uznał, że kluczowym jest rozstrzygnięcie, kto decydował o tym, że materiał nagrany przez Macieja Kuciela został wyemitowany. Faktem jest, że dziennikarz nie jest wydawcą, i o ile wykona swoją pracę rzetelnie i starannie, to potem o tym co dzieje się z materiałem nie on decyduje. Nie może więc ponosić odpowiedzialności za samą publikację, która nie narusza ani dobrego imienia, ani czci, ani nie jest po prostu kłamstwem. I o ile sprawa się jeszcze nie zakończyła, to pan Kuciel deklaruje, że i tak oznacza to koniec jego kariery. Wręcz przeciwnie sprawa ma się z panią Krysztyną Szczechowicz, która nadal szefuje drugiemu wydziałowy karnemu w olsztyńskiej okręgówce. Czyli kilka lat procesu, dziennikarz zniszczony, a urzędnik cały i zdrowy. Jaki z tego płynie morał i przesłanie dla dziennikarzy? Jasny. Nie bierz się za coś co może ci przysporzyć problemów. Nie oszukujmy się, dziś nikt nie musi organizować pracownikom mediów „Akcji Zientara” (proszę wybaczyć dosłowność ale to chyba najbardziej jaskrawy przypadek, który możemy uznać za punkt odniesienia), ale można zniszczyć każdego dziennikarza, publikującego nie po naszej myśli, ciągając go po sądach i zabierając to, co każdemu z nas daje prawo do pracy, zabierając nam naszą wiarygodność.

Drugi przypadek poruszony podczas konferencji CMWP to pani Natalia Ptak, dziennikarka lokalna skazana za brak autoryzacji wywiadu. Autorka, zbierając informacje do swojego materiału, przeprowadziła rozmowę z panią wójt. Rozmowę, co warto podkreślić, elektroniczną na piśmie, czyli po angielsko-polsku mejlem. Warunkiem, jaki postawiła pani wójt była autoryzacja całości materiału. Z tłumaczeń pani Natalii Ptak wynika, że tego warunku nie spełniła. Artykuł ukazał się w druku, a dziennikarka w sądzie. Wyrok, winna i z grzywną. Absurd, bo choć pani Natalia bez wątpienia złamała prawo (na studiach jeden z wykładowców od Informacji Dziennikarskiej powtarzał zawsze, jeśli to możliwe nie pytajcie o autoryzację, ale jeśli poprosi rozmówca, nie ma wyjścia), nie autoryzowała wypowiedzi, czyli złamała art. 14 pp w punkcie 2., to w rzeczywistości nie było tu czego autoryzować. Rozmowa została przeprowadzona na piśmie, o ile nie dokonano skrótu, zmieniającego sens wypowiedzi, przypominałoby to trochę próbę autoryzacji telewizyjnego wywiadu „na żywo”. Dziennikarka musiała zmienić pracę, bo jak twierdzi, jej wydawca dogadał się z panią wójt, a ona założyła własne czasopismo, tyle że rejestracji od kilku miesięcy (czasu ma 30 dni) nie jest w stanie przeprowadzić sąd. Ten sam zresztą, który wcześniej skazał ją (nieprawomocnie) za brak autoryzacji.

I tu pojawia się kolejny problem, czyli rejestracja tytułów. W czasach internetu i informacji dosłownie poruszającej się z prędkością światła (i tak samo szybko tracącej na aktualności) wciąż musimy prosić sąd o zgodę na wydawanie tytułu. Teoretycznie sąd nie może odmówić, o ile tytuł nie jest plagiatem albo nie brzmi wulgarnie (na przykład ktoś zakładając „Kurier Warszawski” użyłby w winiecie tylko trzech pierwszych liter z każdego wyrazu), ale jaki ma to w ogóle sens w czasach, kiedy każdy może drukować, papier jest niereglamentowany, a na dodatek w internecie każdy, wszystko, napisać i powiedzieć może (jeśli nie podpada to pod K.K. albo K.C). Tak wiem, ma to sens, żeby wydawcę można było ścigać, ale w Polsce można zadrukować miliard kartek z czymkolwiek, napisać, że to biuletyn, rozrzucić po kraju i nie wziąć za to żadnej odpowiedzialności.

Wracając do konferencji. Głos w sprawie zabrał pan aplikant, adwokat, Michał Jaszewski, doradca prawny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Głównie ponarzekał, że P.P. napisano w PRL-u, i że odnosi się do PRLowskich pojęć, że linia redakcyjna, to w rzeczywistości linia partyjna, że autoryzacja niepotrzebna i że jest ogólnie źle. Trudno się nie zgodzić, pytanie co stowarzyszenia dziennikarskie (mamy co najmniej 3 duże) zrobiły od 25 lat, żeby ten stan zmienić. Takie pytanie, które wyrwało mi się całkowicie niekontrolowane (widać płynęło z głębi serca przepełnionego troską o lepsze jutro polskiego dziennikarstwa) zostało skwitowane przez prowadzącego konferencję pana Wiktora Świetlika szybkim „nie da się”. W rozwinięciu usłyszałem, że projekty były, ale utknęły w Sejmie, bo posłowie nie byli w stanie się dogadać. I mnie zatkało, aż do końca konferencji. (a może po prostu nie chciałem robić od razu w małej salce na Foksal akcji 11 listopada w stylu Maślankiewicza). W sukurs panu Świetlikowi przyszedł pan mecenas Jaszewski, przypominający, że problemem podczas sejmowych komisji i dyskusji o nowym prawie prasowym był konflikt w samym środowisku na przykład o wspomnianą już „linię programową” relikt PRL-u. Czyli nie posłowie nie pchnęli ustawy dalej, tylko uznali, że skoro samo środowisko nie wie czego chce, to po co my się mamy w tym babrać i tak do kampanii, żadnej wyborczej się to nie przyda bo przeciętny Polak nie wie nawet, że prawo prasowe istnieje. Czyli „linia programowa” stała się liną na której powiesili ideę zmiany polskiego prawa prasowego. Szczerze? Linia programowa, która jest, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, kalką z linii partyjnej i miała być batem na dziennikarzy w RPL-u, dziś nie jest takim znów złym pomysłem. Oczywiście dziś nalegają na jej pozostawienie w prawie wydawcy, bo to ich chroni ten zapis, a właściwie chroni redakcje (te prywatne) przed dziennikarskim sabotażem. Jakim sabotażem? Trochę przejaskrawię, żeby zobaczyli państwo o co mi chodzi. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy bardziej multi-kulti społeczeństwo, w którym jest duża mniejszość żydowska i duża muzułmańska. Prowadzimy prywatną telewizję i zatrudniony na etacie reporter nadaje w naszej polskiej AlDżazirze filosemickie materiały. Zwalniamy go, bo nasi reklamodawcy, wycofują się z kontraktów mówiąc, że nie w takiej telewizji chcą się promować. Ale sąd pracy do którego bez wątpienia taki dziennikarz by poszedł (o ile ma etat) przywróci go na stanowisko, gdyż wykonywał rzetelną pracę, a jedynym powodem zwolnienia było działanie nie po myśli redakcji. Przejaskrawione? Wiem, ale prywatny wydawca musi mieć prawo prowadzić biznes, pismo, telewizję, radio tak jak chce.

Z sali padło też pytanie o kondycję polskiego dziennikarstwa. Zacytowano badania, z których wynika, że wolność prasy i słowa w Polsce ma się co raz lepiej, co skwitowano ogólnym zdziwieniem. Rozumiem, że ostatnie wydarzenia (zatrzymanie dziennikarzy w PKW) mogą nam dawać do myślenia, ale jednak chyba tak źle nie jest. Uczestnicząca w konferencji pani  Dorota Głowacka z Obserwatorium Wolności Mediów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zauważyła, że co raz więcej jest w Polsce dziennikarzy skazanych z artykułu 212 k.k czyli za zniesławienie, a to świadczy o tym, że wolność prasy jest bardziej ograniczana. W sumie według mnie to może równie dobrze oznaczać, że ludzie zaczęli na siebie bardziej szczuć, jest szeroki dostęp do mediów, każdy może pisać i publikować w internecie i po prostu niektórym puszczają hamulce. Oczywiście nie zmienia to faktu, że art 212 k.k. o którego zniesienie od dawna walczą środowiska dziennikarskie jest nadużywany do zastraszania (przykład Piotra Wielguckiego vel Matka Kurka, który akurat się nie ugiął i wygrał z Jerzym Owsiakiem, ale wielu sądu się boi i odpuszcza).

W sumie na takim utyskiwaniu się skończyło, padło jeszcze kontrpytanie do przedstawiciela SDRP co to stowarzyszenie zrobiło żeby zmienić prawo prasowe (pytał pan Świetlik) ale na deklarację, że chociaż niewiele to gotowe jest usiąść choćby zaraz do pisania nowej propozycji prawa prasowego, pan Świetlik odparł, że on pisać prawa nie będzie. I tu dochodzimy do sedna. Fajnie jest sobie ponarzekać, pozrzucać winę na posłów, prawo, złe drogi i kiepską pogodę nad polskim morzem. Może jednak czas wziąć się do roboty? Może zarządzanie nieruchomościami i piętnowanie złych dziennikarzy z Czerskiej przy pomocy Hieny Roku to trochę za mało. Może cholerną powinnością całego środowiska jest wreszcie wejść do Sejmu i położyć na stole gotowy, uzgodniony, przedyskutowany projekt zmian w prawie prasowym. Zmian które z naszego zawodu wreszcie zrobią prawdziwy zawód misyjny. Prawo które sprawi, że dziennikarz przestanie bać się wydawcy, który jego śmieciową umowę może wyrzucić przez okno tak samo szybko jak samego dziennikarza. Ostatnio kolega opowiedział mi jak to jego szefowa, w dużej rozgłośni mówiła mu – delikatnie ale stanowczo – nic nie jest dane na zawsze. Co to oznacza ? Że nie znasz dnia ani godziny, miej się na baczności, uważaj, kiedy się ze mną nie zgadzasz, uważaj kiedy nie robisz tego, co ci każę, czyli tego co każą mi reklamodawcy (nie oszukujmy się po decyzji we WPROST – jasno napisano, że reklamodawcy są ważniejsi niż sprzedaż). Zaproponujmy prawo, które nie pozwoli wydawcom na zatrudnianie na niekończących się umowach o dzieło. Ja wiem. 50% kosztów uzyskania przychodu, się opłaca, ale życie w wiecznej niepewności chyba bym poświęcił. Wielu z nas pracuje w mediach i wie, ze na Wiertniczej, Woronicza, Ostrobramskiej czy Dzielnej na „dziele” pracują ludzie, którzy co miesiąc dostają grafik i mają wyznaczone godziny pracy. To nie jest żadne dzieło. To jest skandal, na który najwięksi przymykają oko, bo i tak mają młodych na pęczki. Stwórzmy prawo, także dla tych wchodzących do zawodu, które wreszcie weźmie pod uwagę, że istnieje internet, a dziennikarzem może być nawet fotograf publikujący jedynie zdjęcia na własnym blogu. I nie mówcie, że nie. Spotkałem na froncie w Ukrainie wielu fotografów, którzy zdjęciem mogą powiedzieć i przekazać więcej informacji niż słowem, a dzisiejszy odbiorca często nie czyta wcale ale posługuje się już wyłącznie obrazem.

Weźmy się i zmieńmy prawo. Ten apel kieruję do wszystkich organizacji dziennikarskich, SDP, SDRP i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, związków zawodowych dziennikarzy, kieruję do wykładowców uczelni wyższych, którzy mogą swoim autorytetem wspomóc obywatelskie prace, a studentów zarazić na przykład ideą zbierania podpisów pod obywatelskim projektem. Wiem, starsi koledzy mówią, że nie warto, że już próbowali, że się nie da. Ale ja myślę, że można. Trzeba tylko wziąć się do pracy, a nie odcinać kupony od zarządzania stowarzyszeniami. Bo tak jak praca dziennikarza jest misją służenia zwykłym ludziom, często cięższą niż byśmy chcieli, to tak praca w stowarzyszeniach dziennikarskich to nie tylko zebrania, wybory i klepanie się po plechach – to jest misja zmiany polskiego dziennikarstwa.

Bartłomiej Maślankiewicz
Były dziennikarz EUROZET, TVN, Telewizji Republika

Komentarze

Pozostaw komentarz:





  • RADA ETYKI MEDIÓW

  • Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska

    legitymacja Członkowie naszego stowarzyszenia mogą uzyskać legitymacje dziennikarskie (International Press Card) Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy FIJ (IFJ), z siedzibą w Brukseli.
  • A TO CIEKAWE…

    Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych pozwał SDP OMZRiK zarzuca Jolancie Hajdasz powtarzanie kłamstw Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej. Ośrodek pozwał Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich za tekst, w którym Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wstawia się za pozwaną przez Ośrodek Agnieszką Siewiereniuk-Maciorowską
    Świat Młodych Świat Młodych 73 lata temu W poniedziałek, 7 lutego 1949 roku ukazał sie pierwszy numer Świata Młodych. Gazeta była czasopismem dla młodzieży wydawanym w latach 1949 – 1993 w Warszawie, utworzonym z połączenia tygodnika Świat Przygód i dwutygodnika Na Tropie.

    Więcej...



  • POLECAMY

    Dziennikarz Olsztyński 2/2022    
    Wojciech Chądzyński: Wrocław, jakiego nie znacie Teksty drukowane tutaj ukazywały się najpierw w latach 80. ub. wieku we wrocławskim „Słowie Polskim”, nim zostały opublikowane po raz pierwszy w formie książkowej w 2005 roku.

    Więcej ...


    Magnat prasowy, który umarł w nędzy 17 grudnia 1910 roku ukazał się w Krakowie pierwszy numer Ilustrowanego Kuryera Codziennego – najważniejszego dziennika w historii polskiej prasy. Jego twórca – pochodzący z Mielca – Marian Dąbrowski w okresie międzywojennym stał się najpotężniejszym przedsiębiorcą branży medialnej w Europie środkowej.

    Więcej ...


    Olsztyńscy dziennikarze jako pisarze Niezwykle płodni literacko okazują się członkowie Olsztyńskiego Oddziału Stowarzyszenia. W mijającym roku ukazało się sześć nowych książek autorów z tego grona. Czym mogą się pochwalić?

    Więcej ...



    Wyścig do metali rzadkich Niedawno zainstalowany w Warszawie francuski wydawca Eric Meyer (wydawnictwo o dźwięcznej nazwie Kogut) wydał na przywitanie dwie ciekawe pozycje, z których pierwszą chcemy przedstawić dzisiaj. To Wojna o metale rzadkie francuskiego publicysty Guillaume Pitrona, jak głosi podtytuł Ukryte oblicze transformacji energetycznej i cyfrowej.

    Więcej...

     

  • ***

    witryna4
    To miejsce przeznaczamy na wspomnienia dziennikarzy. W ten sposób staramy się ocalić od zapomnienia to, co minęło...

    Przejdź do Witryny Dziennikarskich Wspomnień

    ***

  • PARTNERZY

    infor_logo


  • ***

  • FACEBOOK

  • ARCHIWUM