Ocalić od zapomnienia. Dokumenty człowieczeństwa

| 16 Lut 2014  09:35 | Brak komentarzy

Uchodźcy w Niemczech, marzec 1945

Fot: Getty Images/Flash Press Media

W 1979 roku Wydawnictwo Pojezierze wydało mój reportaż historyczny, zatytułowany „Droga przez morze”. Nim to się stało, przez prawie dwa lata zbierałem materiał do tej publikacji. Szperałem w niemieckich archiwach i bibliotekach. Prowadziłem rozmowy z uczestnikami tamtej ucieczki. Spisałem też własne wspomnienia, bo byłem jednym z nich. Kilkakrotnie jeździłem do Niemiec. Do Hamburga, Marburga, Berlina. W Hamburgu rozmawiałem z Marion Doenhoff. Hrabina umożliwiła mi wiele kontaktów.

 W roku 1977 spędziłem sporo dni w Staatsbibliothek w Berlinie. Moją główną lekturą była wstrząsająca „Dokumentation der Vertreibung der Deutschen aus Ost-Mitteleuropa“ (Dokumentacja wypędzenia Niemców z Europy Wschodniej i Środkowej). Całymi godzinami zapisywałem fragmenty tych wspomnień. Niektóre opisy streszczałem, zapisując je od razu w języku polskim.

Poznałem tragiczne losy setek ludzi, którzy z piekła wojny uszli z życiem. Ten ponury obraz przytłaczał, napawał lękiem.

Pewnego dnia dyrektorka Biblioteki, pani Kunke, powiedziała mi, że istnieje jeszcze jedna dokumentacja: „Dokumente der Menschlichkeit aus der Zeit der Massenaustreibung” (Dokumenty człowieczeństwa z czasów masowych wypędzeń).

Ucieszyło mnie to, że powstała i taka dokumentacja. Ale przede wszystkim sprawiło mi radość, że w tych strasznych czasach nie wszyscy zatracili swoje ludzkie cechy, że nie wszyscy mordowali i poniżali słabszych, bezbronnych.

Z przyjemnością wynotowywałem wspomnienia tych pokonanych, którzy byli ludziom w obcych mundurach wdzięczni za ciepły kąt, gorącą zupę, kawałek chleba, puszki z mięsem, lekarstwa, życzliwe podwiezienie ciężarówką. Znalazłem też podziękowania polskim robotnikom przymusowym, którzy w dniach ucieczki nie porzucali swoich dotychczasowych „panów”, nie mścili się, lecz, często narażając życie, pomagali im uciec przed nadciągającym frontem lub chronili ich przed zwycięzcami.

Oto jedno ze wspomnień

Gisela Sternitzky wyraźnie zapamiętała godziny spędzone w pewnej stodole. Stłoczyło się tam około 200 osób. Koczowali tak w pokorze, czekając, co zrobią z nimi zwycięzcy. Pani Sternitzki najbardziej martwiła się o los swoich córek. Jedna z nich miała 16 lat, druga 20.

Ogarnęło ją przerażenie, kiedy do młodszej zbliżył się młody Mongoł. Nie stało się jednak nic złego. Żołnierz okrył dziewczynę kocem, a o świcie wyprowadził ją wraz z jej bliskimi ze stodoły i kazał im iść do domu.

W naszym domu, do którego powróciliśmy, ponieważ nie byliśmy już w stanie wydostać się z kotła, zastaliśmy także porządnych Rosjan” – wspomina Gisela Sternitzki – „Kiedy rozpakowałam swojego 13-letniego chłopca, który prawie umierał z głodu, zrobiło im się nas tak żal, że przynieśli nam zaraz dwie duże miski zupy kartoflanej, żebyśmy nie umarli z głodu. Potem pomogli nam urządzić pokój. Postawili nam nawet piec, ponieważ centralne ogrzewanie było uszkodzone. Stale troszczyli się o jedzenie dla nas… W ostatnich dniach wędrówki na Zachód pewien rosyjski oficer jeszcze raz pomógł nam w biedzie. Znajdowaliśmy się w drodze z Dobrego Miasta do Berlina. Moja starsza córka, chora na tyfus, leżała w przydrożnym rowie i wrzeszczała z bólu. Zauważył nas przejeżdżający ciężarówką oficer. Kazał zatrzymać samochód i podszedł do nas. Gdy zorientował się w naszym położeniu, pomógł nam osobiście usadowić się na ciężarówce. Starszą córkę ułożył miękko na zapasowej oponie. Młodsza, którą reumatyzm tak poskręcał, że nie mogła już chodzić oraz mnie, także wynędzniałą i schorowaną – ważyłam wówczas już tylko 78 funtów – ułożył na słomie. Szczególnie troskliwie zajął się moim pięcioletnim synem, który bliski śmierci głodowej leżał w dziecinnym wózku. Rosyjski oficer otulił go swoim płaszczem i nie odstępował go aż do samego Olsztyna.

Także ze strony Polaków spotkało nas wiele dobrego. {Polski burmistrz starał się osobiście abyśmy zostali zaopatrzeni w nowe dokumenty (stare utraciliśmy) i otrzymali zezwolenie na wyjazd. Dał nam też żywność, mimo to, iż nie byliśmy w stanie pracować.

Do chwili wyjazdu zaopiekował się nami polski urzędnik kolejowy. Własnoręcznie wniósł kozetkę do naszego pokoju.

Podczas podróży do Berlina również spotykaliśmy szlachetnych Polaków („Polen mit edler Gesinnung”). Razem z nami w towarowym wagonie jechała młoda Polka. Gdy dostrzegła moje umierające dziecko, powodowana współczuciem zorganizowała wśród swoich rodaków zbiórkę pieniędzy na mleko dla mojego malca… Zawsze będziemy z wdzięcznością wspominać ludzi, którzy pomogli nam w tamtych ciężkich czasach.” („Dokumente der Menschlichkeit…“, s. 235-237)

Te i podobne wspomnienia zamieściłem w „Drodze przez morze” obok relacji opisujących morderstwa i gwałty, bombardowanie furmanek z uciekinierami lub spychanie ich z drogi przez czołgi, umieranie z zimna i głodu.

W 2010 ukazała się praca Joanny Chłosta-Zielonka pt. „Życie literackie Warmii i Mazur w latach 1945-1989”. Jedną stronniczkę autorka poświęciła mojej „Drodze przez morze”. Napisała: „Willan, opierając się głównie na źródłach niemieckich, przywołuje relacje uczestników wydarzeń – mieszkańców ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec, Niemieckiej Republiki Demokratycznej i Polski. Przynoszą one obraz tragicznych skutków zbyt późno rozpoczętej ewakuacji ludności cywilnej z terenów Prus Wschodnich. Autor tworzy swoisty wielogłos – głównie kobiet, które opowiadają o kolejnych, coraz bardziej nie dających nadziei na uratowanie, etapach ucieczki. Obrazuje chaos spowodowany zbyt późno wydanym rozkazem, nieprzygotowaniem odpowiednich środków transportu, brakiem rozpoznania w terenie i wieloma jeszcze innymi czynnikami. Jak wiadomo z oficjalnych już dzisiaj źródeł, ostatnie fragmenty relacji muszą być przekłamane. Fałszywe są bowiem te epizody, które mówią o przyjaznym nastawieniu żołnierzy wkraczającej na teren Prus Wschodnich armii wyzwolicieli. Ponieważ jedyną ludność ocalałą na tych terenach stanowili starcy, kobiety i dzieci (bowiem wszystkich mężczyzn powyżej dwunastu lat wcielono do różnych oddziałów armii niemieckiej), Rosjanie potraktowali ich bestialsko. Liczne, brutalne, wielokrotne gwałty na kobietach i dzieciach, mordy bezbronnych ludzi stały się znakiem dni, których Rosjanie mieli nieograniczoną władzę. O ile reportaż Willana przekazuje wiernie gehennę nieprzygotowanej ewakuacji, to w części końcowej autor wyraźnie się myli, cytując relacje o niezwykle przyjacielskiej postawie Rosjan, ich bezinteresownej pomocy i ofiarnych zachowaniach.

W ten sposób Willan pomija wyraźny motyw, wręcz imperatyw ucieczki kobiet i dzieci przed najazdem Armii Czerwonej, która, co było pewne, na osłabionej części niemieckiej ludności cywilnej chciała wziąć odwet za politykę Hitlera. Dlatego też o ile temat reportażu, drukowanego zresztą w odcinkach w „Panoramie Północy” był wówczas niezwykle ciekawy i prawie nieznany, to jego ujęcie – nie do końca właściwe. Autor nie mógł wówczas o wszystkim napisać.” (s. 53-54)

Zdziwiła mnie ta ocena reportażu: „ostatnie fragmenty reportażu muszą być przekłamane”, „w końcowej części autor wyraźnie się myli”, „ujęcie – nie do końca właściwe”.

Nie rozumiem, na czym polega moja pomyłka. We wstępie do „Drogi przez morze” napisałem: „Tworząc przez wiele miesięcy swoją własną dokumentację, doszedłem do wniosku, że niektóre fakty są przez zachodnioniemieckich autorów pomijane lub nie dość eksponowane. Że niektórzy autorzy lubują się w opisach okrucieństwa, starannie pomijając wydarzenia świadczące o humanitaryzmie, o ludzkiej dobroci i wspaniałomyślności, o zrozumieniu i współczuciu okazywanym matkom i dzieciom przeciwnika. Sporo tendencyjności można było też dostrzec we wskazywaniu przyczyny cierpień cywilnej ludności. Wielu zachodnich autorów eksponuje przede wszystkim działania nacierającej armii, zapominając o głównych sprawcach nieszczęścia, o tych, którzy najpierw nie pozwalali na ewakuację ludności, a potem wypędzili ją w mroźne, śnieżne dni, nie mogąc już zapewnić wszystkim środków transportu oraz wyżywienia”.

Nie myliłem się. Świadomie, obok opisów morderstw, gwałtów, śmierci z głodu i zimna, przytaczałem wspomnienia świadczące o tym, że nawet podczas okrutnej wojny, człowieczeństwo nie całkiem umiera.

Przytoczyłem wspomnienia żołnierza Wehrmachtu, któremu w styczniu i lutym 1945 powierzono zadanie oznaczania dróg prowadzących przez lód na Zalewie Wiślanym. Widział wiele. I wystawił dobre świadectwo cudzoziemcom. Napisał: „Większość zaprzęgów prowadzili cudzoziemcy. Przede wszystkim Francuzi i Belgowie, byli jeńcy wojenni, którzy od lat pracowali w gospodarstwach rolnych, traktowani przez właścicieli gospodarstw jak członkowie rodziny. Również niemała liczba polskich robotników rolnych ratowała ofiarnie i z poświęceniem kobiety i dzieci oraz powierzone im mienie. (…) Zapewne zginęłoby o wiele więcej niemieckich kobiet i dzieci, gdyby ich pomocnikami nie byli cudzoziemcy.” Żołnierz przytacza tez konkretny przykład: Opisuje jak Polak, narażając własne życie, uratował jego córkę. („Droga przez morze”, s. 83)

Hilda Droese wspomina wielkodusznego Francuza:

Gdy nadszedł dzień naszej ucieczki, 21 stycznia 1945 roku, czynił wszystko, co w jego mocy, by nasz wóz został starannie załadowany i mógł na czas wyruszyć. Podczas tej okropnej wędrówki przez lód i śnieg był wprost niezastąpiony. Umiał wystarać się o dobre kwatery i zadbać o konie. Biegał, by zdobyć chleb. Na Zalewie brał chłopców na ręce i otulał ich. Czuwał, by nie zamarzli podczas podróży. Michel był z nami aż do Gdańska. Tam został nam zabrany i osadzony w obozie jenieckim.” ( s. 84)

Zacytowałem opowieść pastora H. Link z Królewca. Dotarł z gromadką uchodźców do Maternhofu. Nastał wieczór, gdy znaleźli jakąś pustą stodołę, w której postanowili przenocować. Po północy zjawił się radziecki oficer powiedział, że niepotrzebnie marzną w tej stodole, w domu mieszkalnym są jeszcze wolne miejsca, więc mogą się tam przenieść. Nikt się nie ruszył. Ludzi byli nieufni. Oficer cierpliwie tłumaczył. W końcu ludzie poszli z nim i znaleźli ciepłe łóżka. Nikomu nic złego się nie stało.

Pastor zgromadził więcej dobrych doświadczeń. Napisał: ”Reakcje żołnierzy radzieckich były nieraz wręcz nieprawdopodobne. Mogłoby się zdawać, że ludzie przez całe lata nękani okrucieństwami wojny, każdego dnia narażeni na śmierć od ognia i żelaza, maltretowani zimnem i głodem nie potrafią wykrzesać z siebie współczucia dla matek i dzieci swoich wrogów. Rzeczywistość udowadniała, że jest inaczej. Na widok dzieci i starców w sercach ciężko doświadczonych żołnierzy budziły się uczucia, jakie ogarniały ich niegdyś, gdy żyli jeszcze spokojnie w rodzinnych stronach. Może ci przypadkowo napotkani ludzie przypominali im ich własne dzieci, ich rodziców? Może właśnie dlatego wykazywali tyle zrozumienia i serdeczności” (s. s. 123-124).

Zamieściłem w „Drodze przez morze” relacje wielu innych osób, które w tych trudnych czasach spotkało coś dobrego ze strony Rosjan, Polaków, Francuzów. Rosyjski lekarz wojskowy uratował życie chorego dziecka Urszuli Laschinskiej (s.125). Gottlieb Kraska jest wdzięczny sierżantowi, który nie pozwalał innym żołnierzom sowieckim zabrać rodzinie ostatniego świniaka i ostatniego cielaka (s 126). Lekarz Rudolf Kleinlein jest wdzięczny Polce, że podczas ucieczki zajęła się jego dziećmi i towarzyszyła im aż do Bawarii. „Umiała też życzliwie usposobić do mojej rodziny innych Polaków pracujących w majątku”(s.130). Olga Najman została przez kierowniczkę polskiego domu dziecka obdarowana żywnością i lekarstwami dla chorego syna (s.121).

Zresztą także w literaturze niemieckiej, dotyczącej tego tematu, relacje już nie są tylko jednostronne, jak życzy sobie Chłosta-Zielonka. Jest miejsce dla tych, co nie mordowali i nie gwałcili. Na przykład Westdeutscher Rundfunk (WDR) ogłosił konkurs na wspomnienia dotyczące ucieczki i wypędzenia. Spośród setek relacji autorka tej Rozgłośni Gudrun Schmidt wybrała kilkadziesiąt i wydała w książce zatytułowanej „Der Mensch, der mir geholfen hat” (Człowiek, który mi pomógł”). Pomagają sobie Niemcy nawzajem, ale Niemcom pomagają też Rosjanie i Polacy. We wstępie autorka napisała: „Świadomie wybraliśmy temat: „Człowiek, który mi pomógł”. Bo chcemy obok okrucieństwa ucieczki i wypędzenia zapalić światełko: światełko miłości bliźniego, które w głębokich ciemnościach często jasno świeci i wskazuje ludziom w ich bezradności drogę nadziei. Uczestnicy konkursu umieli dać temu wyraz. Każda tu opublikowana opowieść to ukazuje. Ponadto relacje te są świadectwem, że w nieludzkich czasach człowieczeństwo nie jest uzależnione od granic czy narodowości. To ośmiela, by po wszystkich potwornościach wojny, znów się do siebie zbliżyć, mieć nadzieje na nowy początek.”

Także Bert Franken w swojej książce „Die grosse Flucht” (Wielka ucieczka), opisując okrutne morderstwa i gwałty, wspomina o ludzkich odruchach zwycięzców. Dobre świadectwa wystawia polskim i francuskim robotnikom przymusowym, którzy nie opuszczają swoich dotychczasowych panów w potrzebie. Wręcz odwrotnie: biją świnie, by podczas ucieczki było co jeść, kryją wozy plandekami, wymieniają drewniane koła na gumowe, prowadzą furmanki po zaśnieżonych lub oblodzonych drogach. Nie opuszczają uciekinierów w chwili, gdy dogania ich front radziecki.

Sinaida wciąga swoją panią do wozu. Zawiązuje jej chustkę na głowie. Mówi: „nie mówić po niemiecku. Ty Polka”.

Inni robotnicy siadają wokół Marthy Zerkaulen. Jak wielu wschodnioprusaków, właścicielka majątku mówi trochę po polsku. Słyszy jak Rosjanie grożą jej robotnikom śmiercią, gdyby ukrywali jakiegoś Niemca. Żaden jej nie zdradził.” (s.24)

Majątek Herholz w powiecie mrągowskim.

Szef zabity, kobieta zabita, wszyscy zabici”, mówi niemieckim rodzinom Francuz. Ci boją się wyjść ze swojej kryjówki. Lecz dwaj odważni Polacy są gotowi tam zajrzeć. Znajdują młodą ciężko ranną Ursel Laszinski, obok jej zabitych rodziców. Polacy układają ją na saniach.” (s. 43)

Obok konkretnych opisów jest zdanie uogólniające: „Gdy ustępują wszelkie hamulce, a instynkt samozachowawczy wielu ludzi zamienia w bestie, robotnicy przymusowi w Prusach Wschodnich, ponieważ ich dobrze taktowano, prawie nigdy nie dali się porwać podłości wobec ich obalonych panów. Wręcz odwrotnie: często stawali w ich obronie.” (s. 17)

A Rosjanie? Jest taka scena: Kobieta z małymi dziećmi stoi na skraju drogi. Przejeżdżają niemieckie czołgi. Kobieta macha rozpaczliwie. Oczywiście żaden się nie zatrzymuje. Po chwili pojawia się wóz opancerzony i staje. Kobieta wrzuca dzieci na pojazd. Otwierają się drzwi wozu i kobieta patrzy w oczy sowieckiego oficera. „Nie bój się”, mówi oficer. Pomaga jej zdjąć dzieci z pojazdu. Każe jej uciekać przez pola. „Kobieto, szybko”, mówi, „Rosjanie za mną niedobrzy. Uczniowie Stalina”. (s. 22)

Właścicielka majątku w Nerfken Eva von de Heyden nie potrafi już dłużej przyglądać się gwałtom. Ucieka do lasu i ukrywa się tam przez trzy dni. 79 – letnia kobieta nie chce już dłużej żyć. Próbuje przeciąć sobie tętnice. Ranną znajdują Rosjanie. Opatrują jej rany. (s. 66)

Rosyjski żołnierz otrzymuje rozkaz zabicia księdza Teschnera. Żołnierz strzela trzy razy w powietrze i zamyka ofiarę w ciemnym pomieszczeniu. W nocy każe mu uciekać do lasu. Mówi: „Nie wszyscy Rosjanie są takimi świniami jak nasz dowódca”.

Bert Franken pisze: „Obok śladów okrucieństwa, istnieją dowody, że wielu żołnierzy rosyjskich było przerażonych wykroczeniami swoich towarzyszy”. (s 86)

W innym miejscu pisze: „Oddziały bojowe, szczególnie ukraińskie i białoruskie, nie są najgorsze. Często ostrzegają kobiety i dziewczęta przed jednostkami, które nadejdą po nich, „Kobieta uciekać”, mówią łamana niemczyzną, „Inni Rosjanie niedobrzy”. (s. 54)

Autor cytuje księdza z Bad Polzin: „Rosyjscy żołnierze, którzy strzelali bezpardonowo do wszystkiego, co się do nich zbliżało, organizowali dla matek i dzieci chleb, masło i mleko. Mężczyźni, którzy przed chwilą okropnie wrzeszcząc sterroryzowali jakiś dom, w następnym stawali się łagodni, gdy zobaczyli matkę trzymającą małe dziecko w ramionach.” (s.137)

I jeszcze jedno zdanie Berta Frankena: ”Ale nawet w tamtych czasach istnieli ludzie: spośród Rosjan, Polaków, Niemców. Bezinteresowność i wspaniałomyślność nie przynależą do żadnej narodowości.” (s. 174)

*

Mam nadzieję, że i te pozytywne, ludzkie zachowania zwycięzców znajdą trochę miejsca w naszej zbiorowej pamięci.

Tadeusz Willan

Za: Kwartalnik Olsztyńskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, nr 1/2014.

Fot: Uchodźcy w Niemczech, marzec 1945, Getty Images/Flash Press Media

Komentarze

Pozostaw komentarz:





  • POLECAMY

  • Dziennikarz Olsztyński 3/2019

  • SZLIF

    „SZLIF”: Młodzieżowy punkt widzenia
    W najnowszym numerze „Szlifu” młodzi dziennikarze kolejny raz udowodnili, że inspiracje do swoich artykułów czerpią z otaczającej ich codzienności. Nie dziwi więc to, że w czerwcowej odsłonie gazety możemy przeczytać o atrakcjach Wrocławia, powracającej modzie na różne rzeczy czy o sztuce tatuażu i nowych technologiach, wypierających stare formy komunikacji. Każdy znajdzie coś dla siebie!
    Czytaj więcej...
  • ***

    witryna4
    To miejsce przeznaczamy na wspomnienia dziennikarzy. W ten sposób staramy się ocalić od zapomnienia to, co minęło...

    Przejdź do Witryny Dziennikarskich Wspomnień

    ***

  • PARTNERZY

    infor_logo


  • FACEBOOK

  • Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska

    legitymacja Członkowie naszego stowarzyszenia mogą uzyskać legitymacje dziennikarskie (International Press Card) Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy FIJ (IFJ), z siedzibą w Brukseli.
  • Menu

  • Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy


    Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej jest organizacją członkowską Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy.
  • ARCHIWUM