MISTRZOWIE MAJĄ GŁOS… Jak zostałem medalistą

| 28 lut 2020  08:45 | Jeden komentarz

Verba docent, exempla trahunt – słowa uczą, przykłady pociągają. Zupełnie jak ten rolnik z PRL, który z braku mięsa sam rzucił się na rynek, tak ja postanowiłem dać przykład kolegom i wystartować w 1. Halowych Mistrzostwach Polski Dziennikarzy w Lekkiej Atletyce. I to z sukcesem!

Niecałe dwa lata temu, gdy dziennikarze mieli zadebiutować w podobnych zawodach, lecz na otwartym stadionie, podchodziłem do tego pomysłu sceptycznie. Nie wróżyłem powodzenia inicjatywie, z jaką wyszedł Tomasz Niejadlik z Torunia, by Stowarzyszenie Dziennikarzy RP włączyło się do imprezy organizowanej przez Polski Związek Lekkiej Atletyki Masters. Co prawda już miałem wiedzę o mastersach, a to dzięki Jerzemu Jabłońskiemu z Olsztyna, mistrzowi świata w rzucie młotem, który zaczął uprawiać ten sport po przekroczeniu siedemdziesiątki i o którym napisałem reportaż do „Przeglądu” – pod tytułem „Twardziel na medal”. I choć Jurek przekazał mi ideę uprawiania sportu przez seniorów bardzo przekonująco, to nie widziałem w tym gronie siebie. Również koledzy z olsztyńskich redakcji nie dali się namówić do udziału w mistrzostwach.

Romantyczna wizja

W zeszłym roku już nabrałem chęci i nawet planowałem start w drugiej edycji zawodów na otwartym stadionie, ale zawiodła logistyka i do Białegostoku nie dojechałem. Zacząłem żałować tym bardziej, że na wyznaczonym na działce ogrodowej dystansie 100 metrów osiągnąłem – po kilku słabszych próbach – wynik 16,68 sek., co w przeliczeniu na mój wiek (wtedy 68 lat) dało 13,42 sek. Oho, pomyślałem, czyli jakbym biegł z Usainem Boltem, to bym wpadł na metę 10 metrów po nim. No, może 12. A na tartanie pewnie ten rezultat byłby lepszy…

Z tą romantyczną wizją nosiłem się całą długą jesień, czasami podbiegając do przystanku MPK i wpadając do autobusu bez większej zadyszki. Aż tu nagle czytam na portalu dziennikarzerp, że najbliższe mistrzostwa już w lutym! W pięknej toruńskiej „Arenie”, znanej mi z telewizyjnych relacji, w której występowały krajowe i światowe sławy lekkiej atletyki. Jadę – postanowiłem – bez względu na przeszkody, nawet sam, bo muszę poznać smak tej przygody, przeskoczyć dystans 50 lat, tym razem do tyłu, żeby odnaleźć wspomnienia młodości!

Jeszcze jako 13-latek zdobyłem brązowy medal w czwórboju lekkoatletycznym szkół podstawowych powiatu morąskiego. Medal długo wisiał nad moim łóżkiem, aż zeszła z niego farba i trofeum wylądowało na śmietniku. Potem, w olsztyńskim liceum, startowałem w skoku w dal na stadionie w miasteczku studenckim w Kortowie. Niestety, spaliłem wszystkie trzy próby, choć skakałem 20 cm lepiej od zwycięzcy. Tamtą gorycz porażki zniwelowałem rok później zajmując drugie miejsce w zawodach szkolnych na Stadionie Leśnym, tym samym, na którym w 1960 roku Jerzy Szmit bił rekord świata w trójskoku (17,03 m). Zresztą wspomniałem o tym Szmitowi w 2010 roku, gdy przyjechał odebrać tytuł Honorowego Obywatela Olsztyna. „Był pan moim idolem” – wyznałem mu, a on uśmiechnął się wzruszony.

Z tymi wspomnieniami z tyłu głowy zacząłem kolejne, comiesięczne zebranie olsztyńskiego oddziału SDRP (którego, po śmierci Tadeusza Willana, jestem szefem) i próbowałem namówić kolegów do wyjazdu na mistrzostwa. Bez skutku. Jednego coś bolało, drugi nigdy nie uprawiał lekkoatletyki, trzeci był po operacji kręgosłupa, czwarty czuł się za stary… Ale odezwała się młodsza koleżanka – Katarzyna Leśniowska, która do Stowarzyszenia wstąpiła po śmierci swego ojca – znakomitego dziennikarza Henryka Leśniowskiego. Kasia, zwana Kachną, ujawniła, że w latach szkolnych biegała i skakała. Super! Bałem się, że swojego postanowienia nie utrzyma do dnia imprezy, zwłaszcza że brakowało jej treningu.

Mistrz Jerzy Jabłoński miał na to radę: „Teraz już za późno na trening, bo na zawodach mięśnie wam zesztywnieją. Przed startem powiem wam, co zrobić, żeby nie dostać zakwasów”. Miałem jeszcze sesję telefoniczną z Tomkiem Niejadlikiem, rzecznikiem mistrzostw, który doradził mi, w jakich konkurencjach mógłbym startować. I tak 22 lutego o 5 rano wystartowaliśmy do Torunia i to w czwórkę: Kasia, ja, moja żona jako kibicka oraz Andrzej Adamowicz, kierowca samochodu i jednocześnie fotoreporter.

Śmiechu nie było

Atmosferę wielkich zawodów odczuliśmy już w biurze mistrzostw, gdzie dostaliśmy numerki, a do tego wydawnictwa związane z 30-leciem PZLAM oraz firmowe koszulki. Obok znajduje się sala rozgrzewkowa, w której – po przebraniu w strój sportowy – próbowałem pobiegać i poskakać. Jurek Jabłoński przyjechał w przeddzień, ale nie dotarł jeszcze do „Areny”. Nie wiedziałem, czy mam się rozgrzewać pełną parą, czy bez wysiłku. Wybrałem złoty środek.

Po briefingu z udziałem części dziennikarzy, których miała startować trzydziestka, stanąłem obok mastersów w uroczystości otwarcia imprezy, którą poprowadził prezes PZLAM Wacław Krankowski, sam świetny miotacz kulą. Już wtedy w oczach sportowych seniorów dostrzegłem żądzę zwycięstwa. Oho, nie będzie łatwo, ale sekretarz generalny SDRP Andrzej Maślankiewicz uspokajał: „Marek, dasz radę i zdobędziesz medal!” Tak, ten medal śnił mi się po nocach. Ale jeśli padnę zaraz po starcie na 60 metrów, bo to była moja pierwsza konkurencja? I co będzie? Śmiech i kompromitacja! Trudno, nie mam wyjścia. Tym bardziej że widzę nawet starszych od siebie i nikt nie chichocze, gdy truchtem mijają kolejne metry na bieżni. Bo obowiązuje zasada olimpijska: liczy się udział! Pojawił się Jabłoński, zaordynował kilka przysiadów i rozciąganie ścięgna Achillesa.

Trochę spóźniłem się na start, nie zdążyłem uregulować bloków startowych i już na początku biegu straciłem dystans. Ale dobiegłem do mety, nie potknąłem się, żona była ze mnie dumna. Ja mniej zadowolony z wyniku stwierdziłem, że przebieżki na działkach to jednak za słaby trening. Trzeba poćwiczyć. Tym bardziej podziwiałem moich rówieśników, w tym mastersa Mariana Apostoła z Krakowa, który wygrał wszystkie trzy biegi sprinterskie. No, ale jak się ma takie nazwisko…

Mężczyźni lubią brąz, kobiety złoto

Potem była kula, tak dla żartu, ale widziałem jak nią pchał Andrzej Maślankiewicz, a wcześniej Ryszard Sławiński z wielkopolskiego oddziału SDRP. Legenda naszego Stowarzyszenia, były senator z okręgu konińskiego, a na dodatek sportowiec. W kuli zdobył brązowy medal, a jeszcze startował na 200 metrów. Przedłużony sprint, zabójczy dystans!

– Jakiś czas temu wygrałem z rakiem i gdy spytałem swego lekarza, czy mogę startować w biegu, spojrzał na mnie zdumiony i odparł: „W pańskiej sytuacji ludzie pytają mnie, ile jeszcze pożyją, a pan zastanawia się, czy może biegać?” – opowiadał przed startem 77-leni Rysio. Po wyścigu interwencja lekarska nie była potrzebna (a lekarze też mieli w „Arenie” swoje mistrzostwa).

Tymczasem w skoku w dal Kasia Leśniowska zdobyła złoty medal, tak samo jak w biegu na 60 metrów, choć tu konkurencja nie była zabójcza. Potem dostała jeszcze puchar prezesa SDRP Jerzego Domańskiego dla najlepszej zawodniczki wśród dziennikarek. Miała zawody z głowy, gdy ja musiałem się wysilać w pchnięciu kulą (4 miejsce) i na koniec – w trójskoku. W tej dyscyplinie zdobyłem brąz! Miałem nawet chrapkę na srebro, bo złoto było poza moim zasięgiem – wygrał 25-letni Bartek Wierzbicki z Tarnowa, a z kolei nieco starszy Krzysztof Sułek przebił mnie… przelicznikiem wiekowym. Moja radość z medalu była jednak ogromna! Moja historia sportowa zatoczyła wielkie koło. Już wiem, że się w tym miejscu nie zatrzyma. Będą kolejne mistrzostwa…

Marek Książek
Olsztyn

Na zdjęciu:
Od lewej: Krzysztof Sułek, Bartek Wierzbicki i Marek Książek
Fot. Andrzej Adamowicz

Komentarze

Jeden komentarz do “MISTRZOWIE MAJĄ GŁOS… Jak zostałem medalistą”

  1. Ryszard Sławiński
    niedziela, 1 - mar - 2020, godz. 12:33

    Szanowny Marku
    Dziękuję Ci za ciepłe słowa. Podziwiam Twoją aktywność i leciutko zazdroszczę dorosłej młodości.

Pozostaw komentarz:





  • RADA ETYKI MEDIÓW

  • Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska

    legitymacja Członkowie naszego stowarzyszenia mogą uzyskać legitymacje dziennikarskie (International Press Card) Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy FIJ (IFJ), z siedzibą w Brukseli.
  • POLECAMY

    Dziennikarz Olsztyński 1/2022  
    Wojciech Chądzyński: Wrocław, jakiego nie znacie Teksty drukowane tutaj ukazywały się najpierw w latach 80. ub. wieku we wrocławskim „Słowie Polskim”, nim zostały opublikowane po raz pierwszy w formie książkowej w 2005 roku.

    Więcej ...


    Magnat prasowy, który umarł w nędzy 17 grudnia 1910 roku ukazał się w Krakowie pierwszy numer Ilustrowanego Kuryera Codziennego – najważniejszego dziennika w historii polskiej prasy. Jego twórca – pochodzący z Mielca – Marian Dąbrowski w okresie międzywojennym stał się najpotężniejszym przedsiębiorcą branży medialnej w Europie środkowej.

    Więcej ...


    Olsztyńscy dziennikarze jako pisarze Niezwykle płodni literacko okazują się członkowie Olsztyńskiego Oddziału Stowarzyszenia. W mijającym roku ukazało się sześć nowych książek autorów z tego grona. Czym mogą się pochwalić?

    Więcej ...



    Wyścig do metali rzadkich Niedawno zainstalowany w Warszawie francuski wydawca Eric Meyer (wydawnictwo o dźwięcznej nazwie Kogut) wydał na przywitanie dwie ciekawe pozycje, z których pierwszą chcemy przedstawić dzisiaj. To Wojna o metale rzadkie francuskiego publicysty Guillaume Pitrona, jak głosi podtytuł Ukryte oblicze transformacji energetycznej i cyfrowej.

    Więcej...

     

  • ***

    witryna4
    To miejsce przeznaczamy na wspomnienia dziennikarzy. W ten sposób staramy się ocalić od zapomnienia to, co minęło...

    Przejdź do Witryny Dziennikarskich Wspomnień

    ***

  • PARTNERZY

    infor_logo


  • ***

  • FACEBOOK

  • ARCHIWUM