Jan Miszczak: Z wysypiska wspomnień

| 3 Lip 2015  10:11 | Jeden komentarz

Szczerze mówiąc, nigdy nie wpadłoby mi do głowy, by napisać jakiekolwiek wspomnienia. Ale zadzwonił do mnie red. Józef Ambrozowicz. Powiedział, że ma ukazać się książka ze wspomnieniami podkarpackich dziennikarzy i chętnie widziałby w niej mój tekst. Józkowi się nie odmawia…

1
Było lato roku 1969. Skończyłem właśnie prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, wróciłem do rodzinnego Przemyśla i leżałem na tapczanie, czytając lokalny tygodnik „Życie Przemyskie”. W oko wpadła mi „ramka” z ogłoszeniem: „Redakcja zatrudni dziennikarza”. Zgłosiłem się i byłem jednym z kilku chętnych do podjęcia tej pracy, którym redaktor naczelny i założyciel tygodnika Zbigniew Ziembolewski zlecił napisanie próbnego tekstu. Po kilku dniach dostałem wiadomość, że mogę stawić się do pracy. I w taki oto najprostszy, banalny sposób trafiłem do grona żurnalistów.

Kiedy czytam wywiady z różnymi ludźmi, którzy z reguły mówią, że do swego zawodu trafili przez „czysty przypadek”, zawsze wydaje mi się to swego rodzaju kokieterią. Ja, wbrew wyżej opisanym okolicznościom, nie trafiłem przez przypadek. Można to najwyżej uznać za szczęśliwy traf. O dziennikarstwie myślałem od dawna, a prawo uważałem za studia kształcące wszechstronnie, znakomicie przygotowujące także do tego zawodu. I choć potem byłem jeszcze na aplikacji sędziowskiej, to ostatecznie zerwałem z zawodem prawnika, skończyłem podyplomowe studia dziennikarskie (także na UJ) i tak już zostało.

W dużej mierze sprawą przypadku są natomiast moje felietony „Zza kratek”, które dość szybko przylgnęły do mnie, niczym Kloss do Mikulskiego i ukazują się nieprzerwanie już ponad 45 lat. Kiedy w pierwszych dniach pracy opisałem jakąś śmieszną historyjkę o zabarwieniu kryminalnym, w której przestępca okazał się kompletnym idiotą i niemal sam wpadł w łapy policji, ani przez myśl mi nie przeszło, że jest to zalążek mego niejako „znaku firmowego”, jakim przez długi czas były te felietony, a i dzisiaj część czytelników kojarzy mnie z tą rubryką. Duża w tym zasługa ówczesnego sekretarza redakcji „Życia Przemyskiego” Leonarda Czajki (później także redaktora naczelnego), który postanowił, że tego rodzaju teksty będą ukazywać się co tydzień, w stałym miejscu i pod stałą winietą „Zza kratek”, której nazwę też sam wymyślił.

Kto nie miał w czasopiśmie cotygodniowego felietonu, ten nawet nie wie, jaki to jest obowiązek i… jak ten czas leci. Tydzień dotyka tygodnia i ledwie wstaje się od jednego tekstu, to już trzeba siadać do następnego. Z tego powodu zupełnie nieoczekiwanie i niezamierzenie stałem się swoistym rekordzistą. Pod tą samą winietą ukazało się już blisko 2,5 tysiąca felietonów „Zza kratek”. Jest to podobno rekord kraju, dzięki któremu znalazłem się nawet w Polskiej Księdze Osobliwości, czyli takim rodzimym odpowiedniku Księgi Rekordów Guinnesa.

W 1980 r. wyszła też książka pt. „Wpadki i wypadki”, zawierająca wybór tychże felietonów, bardziej chyba obyczajowych, niż kryminalnych, przez długie lata zamieszczanych w „Życiu Przemyskim”, a następnie na łamach Gazety Codziennej „Nowiny”, w której ukazują się do dzisiaj. Teraz także z innym stałym felietonem pod winietą „Do góry dnem”.

Leonard Czajka, człowiek o wzorcowej rzetelności, zawsze kojarzyć mi się będzie z… żyletką. Było to wtedy główne narzędzie sekretarza redakcji przy adiustacji tekstów, pisanych przecież na maszynie. Lonek poprawiał je z benedyktyńską cierpliwością, czego użytkownicy komputerów nie są w stanie zrozumieć – i ja ich rozumiem. Literówki wydrapywał żyletką, długopisem dopisywał poprawną wersję, czyniąc to z niebywałą precyzją i przejrzystością. Wszak komputery miały pojawić się w redakcji dopiero za kilka, czy nawet kilkanaście lat, więc także zsyłka materiałów była zupełnie inna, niż teraz. Cotygodniowy pakiet tekstów i zdjęć wysyłaliśmy tzw. listem dworcowym do Rzeszowskich Zakładów Graficznych, w których drukowano m.in. nasz tygodnik. Ileż to razy zdarzyło się, że list gdzieś po drodze zaginął i naczelny z sekretarzem rwali włosy z głowy, czy odnajdzie się i dotrze na czas do drukarni, by kolejny numer ukazał się w terminie.

2
W „Życiu Przemyskim” można było przejść niezłą szkołę dziennikarstwa. Sam zaczynałem jako redaktor techniczny, czyli taki od makietowania i nadzorowania druku, więc dwa razy w tygodniu musiałem jeździć pociągiem do Rzeszowa i na początek stawiać wódkę drukarzom, by wkupić się w ich łaski, co – powiem nieskromnie – dość szybko mi się udało. Byli to świetni fachowcy, którzy składali numer, odlewając jeszcze czcionki, a właściwie całe wiersze, z niszczącego zdrowie trującego ołowiu. Mieli wprawdzie codzienny przydział mleka na odtrutkę, ale zdecydowanie preferowali wódeczkę. Dla zdrowotności oczywiście. Byli przy tym wspaniałymi kumplami. A ja, zaczynając pracę dziennikarską od stanowiska redaktora technicznego, mogłem dzięki temu przejść potem przez całą „drabinkę zawodową” i była to bardzo pożyteczna praktyka. Kiedy po wielu latach prowadziłem zajęcia z dziennikarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu, to niemal wszyscy studenci, pytani co chcieliby na początek napisać, odpowiadali, że felieton albo reportaż, wyraźnie gardząc informacją. Trzeba im było długo tłumaczyć, że jest to królowa pośród wszystkich pozostałych gatunków i od niej należy zaczynać.

Przez pewien czas byłem nawet dziennikarzem sportowym, piszącym relacje z meczów piłki nożnej miejscowych drużyn. Nie była to wprawdzie ekstraklasa, ale każdemu spotkaniu towarzyszyły ogromne emocje, a kibice i zawodnicy czekali na sprawozdania, które ukażą się w gazetach.

Po meczach, zwykle późnym niedzielnym popołudniem, do przemyskiego oddziału „Nowin” przychodzili też dziennikarze z innych mediów, by jak najszybciej przekazać wiadomość do macierzystej redakcji. Korzystali z uprzejmości „Nowin”, nadając najczęściej telefonicznie lub faksem, a redakcje jakoś się tam potem rozliczały.

Którejś niedzieli jeden ze sprawozdawców, najstarszy i najbardziej doświadczony, absolutny autorytet, podawał przez telefon do centrali swojego pisma składy drużyn piłkarskich. W jednej z nich wymienił tylko dziesięć nazwisk i, co gorsze, powtarzał je kilka razy, coraz bardziej zestresowany, bo czas naglił. A że wciąż wychodziło mu dziesięć zamiast jedenaście, to po drugiej stronie redaktor dyżurny nie wytrzymał nerwowo i podziękował mu, odkładając słuchawkę.

Nasz starszy kolega, którego autorytet nagle mocno ucierpiał, chciał koniecznie wybrnąć z tej kłopotliwej dla siebie sytuacji i jakoś usprawiedliwić się przed żółtodzióbami. – Co za idiota pracuje w tej centrali! – powiedział głośno pod adresem kolegi redaktora dyżurnego. – Przecież w tej drużynie, której skład mu podawałem, grało dwóch braci. To ja będę mu dwa razy powtarzał to samo nazwisko?

Przytaknęliśmy seniorowi, ukrywając uśmieszki, a on odetchnął z ulgą.

3
Wracając zaś do obowiązków redaktora technicznego, to należały doń także kontakty z cenzurą, która była wszechobecna, a „nasza” mieściła się w tym samym budynku, co drukarnia. Cenzorzy czytali tzw. szczotki, czyli wstępnie wydrukowane strony czasopisma i zwalniali lub zdejmowali poszczególne teksty, bądź ich fragmenty. W gronie cenzorów było sporo „betonu”, służalczych nadgorliwców, ale pracowały też ładne dziewczyny, których prywatne poglądy dość wyraźnie rozmijały się z oficjalnymi. Na korzyść tych prywatnych oczywiście. Wiedziały, że w pracy mają kierować się konkretnymi „zapisami”, czyli wyraźną i szczegółową instrukcją: co zdjąć, skrócić, zamienić, wyrzucić itp.

Niektóre z tych „zapisów”, nie tylko dotyczące polityki, były wręcz absurdalne, a przez to mocno rozrywkowe. Np. nie wolno było zamieścić zdjęcia mostu z widocznymi na nim przęsłami. Most był bowiem obiektem strategicznym i czyhający zewsząd zachodni wróg mógł na podstawie takiego zdjęcia rozszyfrować go i zniszczyć. Ale w tym samym czasie w każdym kiosku „Ruchu” można było kupić pocztówkę typu „Pozdrowienia z Przemyśla”, na której było zdjęcie mostu wraz z przęsłami i to dużo lepszej jakości, niż w gazecie. Potencjalny as wywiadu miał zatem wyjątkowo łatwe zadanie, bo mógł całkiem legalnie kupić, zaadresować i wysłać taką pocztówkę do swej szpiegowskiej centrali za pośrednictwem Poczty Polskiej. Czyli kompletne psychiatrkowo!

O cenzurze można oczywiście napisać oddzielną książkę, bo występuje od zawsze, pod wieloma postaciami, przybiera różne formy i wcale tak łatwo nie przemija, a zmutowana ma się całkiem nieźle nawet w najbardziej dojrzałych demokracjach. Jest nawet tam, gdzie niby jej nie ma. Zresztą w niektórych demoludach, jak ongiś nazywano kraje demokracji ludowej, też nie było oficjalnej cenzury, a sytuacja wyglądała tam jeszcze gorzej, niż u nas. Sprawdziłem to, będąc kiedyś służbowo w Bułgarii.

Już jako bardziej doświadczony dziennikarz zostałem wysłany na jubileusz 50-lecia bułgarskiej gazety „Iskra”, ukazującej się w Kazanłyku, z którą redakcja „Życia Przemyskiego” utrzymywała tzw. partnerskie kontakty, polegające głównie na wymianie naszych czasopism. W Kazanłyku, słynącym przede wszystkim z róż i olejku różanego, nie wiedzieć czemu wszystko nazywało się wtedy „Iskra” – od gazety po dom kultury.

Moim opiekunem z ramienia gospodarzy był Kynczo Stojanow, poeta i dziennikarz, który nie lubił komunistów i tatara. O tej pierwszej niechęci dowiedziałem się już w Bułgarii przy winie, o drugiej dopiero w Polsce przy tatarze, gdy jakiś czas potem przyjechał do Przemyśla z rewizytą i za nic nie chciał tknąć surowego mięsa. – Jak można jeść coś takiego? – pytał z niesmakiem, dopóki nie skosztował. I właśnie jego gazeta „Iskra” nie podlegała żadnej oficjalnej cenzurze, co w pierwszej chwili wzbudziło mój szczery podziw, ale Kynczo szybko otworzył mi oczy. Powiedział, że naczelny redaktor „Iskry” jest na etacie tamtejszego komitetu partyjnego i nie może być ostrzejszej i pewniejszej dla władzy cenzury, niż własna, już w redakcji.

Kynczo miał poglądy zdecydowanie odmienne od swego szefa. Poza tym bardziej uważał się za poetę, niż dziennikarza, ale musiał z czegoś żyć. Miał przy tym do mnie jakieś nadzwyczajne zaufanie, skoro już na lotnisku w Sofii ostrzegał mnie przed swoim szefem, u którego miałem się zatrzymać na pierwszą noc. Rzeczywiście szef był z gatunku „partyjnych betonów”, choć w prywatnej rozmowie w czworo oczu, gdy już po uroczystościach jubileuszowych jechaliśmy pociągiem nad Morze Czarne, zdarzało mu się znacznie odbiegać od jedynie słusznej linii partii. Pod tym względem niewiele różnił się od niektórych polskich działaczy, pozorantów i karierowiczów.

Na kilka godzin przed jubileuszem Kynczo zaprosił mnie na obiad do najlepszej w mieście restauracji. Do obiadu zawsze podawano lokalne wina, ale tym razem były to wyjątkowo duże ilości szlachetnego trunku, bo przecież dzień był wyjątkowo uroczysty. Dosiadło się do nas kilka osób zaprzyjaźnionych z redakcją, w tym sympatyczny Grek, niemal sobowtór Anthony’ego Quinna jako filmowego Zorby, który nalegał, abyśmy ocenili, jak smakuje własnoręcznie przez niego pędzona rakija. Degustacja trwała dość długo, co pozwoliło mi potem na – delikatnie mówiąc – bardzo wylewne przemówienie podczas uroczystej akademii z okazji 50-lecia „Iskry”. Na drugi dzień w tejże „Iskrze” ukazały się aż dwa moje zdjęcia, na pierwszej i ostatniej stronie, bo podobno pięknie przemawiałem, trochę nawet po bułgarsku.

4
Zagraniczne wyjazdy do krajów „zaprzyjaźnionych” nie stanowiły w tamtych czasach większego problemu. Kiedyś, wchodząc w skład 4-osobowej delegacji PAP, poleciałem na spotkanie agencji prasowych w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Po drodze wylądowaliśmy w Moskwie, podejmowani przez tamtejszą agencję TASS. Były to już czasy Gorbaczowa i w całym Związku Radzieckim obowiązywała niemal całkowita prohibicja, co w tym kraju wydawało się niemożliwe. I rzeczywiście było niemożliwe, bo choć na oficjalnym, bardzo eleganckim bankiecie podawano wyłącznie soki owocowe, to zaraz potem jedna z gospodyń tego przyjęcia, dziennikarka TASS o imieniu Irena i szczerej słowiańskiej aparycji, zaprosiła nas, używając konfidencjonalnego szeptu, do pokoju hotelowego. Tam kłębił się już tłumek dziennikarzy, a na stole stały butelki z najbardziej chyba popularną rosyjską wódką „Stolicznaja” oraz jedna wspólna szklanka. Na zakąskę były pokrojone jabłka, zgrabnie ułożone na dużej płachcie gazety „Prawda”. A prawda była taka, że kiedy nazajutrz lecieliśmy do Duszanbe, większość zagranicznych delegacji cierpiała na dotkliwy ból głowy, który szybko minął, gdy tylko dotarliśmy w górzyste, dziewicze tereny Tadżykistanu.

Gorzej bywało w tamtych czasach z wyjazdami na Zachód, które były prawie niemożliwe, więc kiedy nadarzyła się taka okazja, trzeba było z niej skorzystać.

W bułgarskiej stoczni w Warnie budowano dla Polski nowe statki, wśród nich takie, które otrzymywały nazwy naszych miast. Statki były małe, więc i miasta dobierano nie za wielkie. Wśród nich znalazły się m. in. m/s „Przemyśl” i m/s „Starachowice”. I ktoś wymyślił, aby jeden z dziennikarzy „Życia Przemyskiego” popłynął w rejs na „Przemyślu”. Red. Zbigniew Ziembolewski wybrał najmłodszego w redakcji, czyli mnie.

Pojechałem do Szczecina, skąd następnego dnia m/s „Przemyśl” wypływał w rejs bodajże do Szkocji, czyli niedaleko, zaledwie kilka dni w morzu. W Szczecinie, w siedzibie armatora, poznałem młodych, sympatycznych ludzi, którzy powiedzieli mi w zaufaniu, że za dwa dni odpływa statek „Starachowice”, identyczny, jak „Przemyśl”, który ma rejs aż do Afryki, konkretnie do Casablanki, a po drodze wpływa do wielu portów, m. in. w Holandii, Belgii i we Włoszech, a także do Ceuty, hiszpańskiej enklawy na terytorium Maroka. – To może być twoja podróż życia – zachęcali i od razu podjęli starania, by zakwaterować mnie jako jedynego pasażera na tym niewielkim masowcu, co zakończyło się powodzeniem.

Niezwłocznie wysłałem notkę dalekopisem (o tej piekielnej maszynie jeszcze wspomnę) do redaktora Ziembolewskiego z zapytaniem, czy mogę płynąć „Starachowicami”, bo – tłumaczyłem – to taki sam statek, tyle tylko, że inaczej się nazywa. Naczelny wyczuł, w czym rzecz i trochę się wahał, bo w końcu „Starachowice” to jednak nie „Przemyśl”, ale doszedł do wniosku, że z takiej morskiej eskapady mogą powstać ciekawe relacje i wyraził zgodę, a w następnym numerze „Życia Przemyskiego” zamieścił na pierwszej stronie zapowiedź: „Już wkrótce relacja naszego specjalnego wysłannika do Afryki”.

W średnim PRL-u był to prawdziwy hit. Trochę mniej entuzjastycznie przyjęła to moja żona, bo byliśmy właśnie tuż po ślubie, a raczej mało kto wyrusza samotnie w podróż poślubną. Ale doszła do wniosku, że sytuacja jest wyjątkowa i tym sposobem zamiast kilku dni, spędziłem w morzu sześć tygodni, z kilkudniowymi przerwami na pobyty w portach.

Był listopad 1972 r., a więc czas największych sztormów. Stan mego zdrowia najlepiej diagnozowali marynarze krótkim dwuwierszem: „w morzu rzyga, w porcie wyga”. Ja zaś przekonałem się, że choroba morska jest straszna, ale każdy nowy port natychmiast przywraca zdrowie. Poza tym nie byłem odosobniony w tych dolegliwościach, gdyż przy tak szalejących sztormach nawet najbardziej zaprawieni marynarze czuli się fatalnie. W moim przypadku antidotum na dolegliwości morskie w dużej mierze stanowiła świadomość, że odbywam rejs aż do Afryki, co w tamtych czasach było czymś absolutnie nadzwyczajnym, godnym poświęcenia. Dziś brzmi to infantylnie, ale wtedy zobaczyć Zachód i dopłynąć jeszcze do Czarnego Lądu, to dla przeciętnego Polaka był nieomal kosmos. Najlepszy dowód, że relacje, które tuż po powrocie ukazały się na łamach „Życia Przemyskiego”, miały potem także przedruki w innych pismach.

5
Będąc w tygodniku, zacząłem współpracę z Polskim Radiem i TVP. W Radiu Rzeszów, pod okiem już wprawionych radiowców, m. in. Janusza Majki, Andrzeja Dańczyszyna i kilku koleżanek, wśród nich Jagienki Wilczak (obecnie „Polityka”), prowadziłem program „na żywo”, dotyczący nowo powstałego województwa przemyskiego.

Pierwszy telewizyjny występ zaliczyłem jeszcze w TVP Kraków, której rzeszowskim szefem był red. Julian Woźniak, dziennikarz, konferansjer i uroczy człowiek. W jego gabinecie stał wieszak, na którym wisiało kilka marynarek i Julek, jeśli doszedł do wniosku, że współpracownik nie jest ubrany „telewizyjnie”, natychmiast przebierał go w jeden z tych „żakiecików”. Wiem coś o tym, bo sam kiedyś w takiej marynarce wystąpiłem i jakoś bym to zniósł, gdybym nie widział się na podglądzie.

Dopiero po jakimś czasie powstał ośrodek TVP Rzeszów, który miał potem swoje oddziały w kilku innych miastach Podkarpacia. Ale my już wtedy chcieliśmy mieć w Przemyślu „swoją” telewizję, co z początku wydawało się niemożliwe, lecz wspólnym wysiłkiem, przy poparciu kierownictwa rzeszowskiego ośrodka, udało się stworzyć unikatowe w swej prostocie Studio Przemyśl.

Nagrywaliśmy w nim cotygodniowy program dotyczący wydarzeń z ówczesnego województwa przemyskiego. Studio mieściło się w Klubie „Piwnice” Wojewódzkiego Domu Kultury (obecnego Centrum Kulturalnego). Zaprzyjaźniony artysta plastyk namalował wielką planszę z widokiem zamku w Krasiczynie i była to główna, a nawet jedyna scenografia. Do Przemyśla przyjeżdżali operatorzy kamer z TV Rzeszów, m. in. Lucek Góźdź i Zbyszek Słowik, z którymi w ciągu jednego dnia kręciliśmy kilka tematów, a potem w tym zaimprowizowanym Studiu Przemyśl nagrywaliśmy program, który prowadziłem, po czym wieczorem pędziliśmy na montaż do Rzeszowa. I już następnego dnia na antenie Telewizji Rzeszów ukazywało się Studio Przemyśl, które cieszyło się sporą popularnością, mimo absolutnie chałupniczych warunków, w jakich powstało i funkcjonowało.

Apetyt rósł w miarę kręcenia i wkrótce zacząłem robić felietony telewizyjne. Dostałem nawet własne, cotygodniowe „okienko” w TVP Rzeszów. Felietony realizowaliśmy przeważnie w dwójkę, tylko z kamerzystą, który był jednocześnie dźwiękowcem, oświetleniowcem i czym tylko trzeba było. W tej roli najdłużej występował, świetnie się spisując, inny kamerzysta TVP Rzeszów – Piotrek Krygowski z Przemyśla.

Piotr do dziś mi przypomina, jak od przygodnie spotkanego chłopa wypożyczyliśmy… konia. Tylko po to, by w puencie felietonu zwierzę zarżało na zasadzie „koń by się uśmiał”. Nawiasem mówiąc, koń był narowisty, za nic nie chciał zarżeć i w końcu musieliśmy w studiu podłożyć odpowiedni dźwięk, ale chłop był tak zadowolony, że jego gniady wystąpi w telewizji, iż nie chciał żadnej zapłaty. Było nam to bardzo na rękę, gdyż „koszty produkcji” pokrywaliśmy z własnej kieszeni, niesieni twórczym entuzjazmem.

Innym razem do felietonu, który miał ukazać się w Wielki Piątek, wymyśliłem sobie, że przebiorę się w habit, a całość rozegra się w murach klasztornych. Habit wypożyczył mi życzliwy zakonnik z przemyskiego kościoła o.o. Franciszkanów-Reformatów, a za klasztor „robił” mały, ale odpowiednio przez nas zaadaptowany pokój, będący wówczas siedzibą przemyskiego oddziału rzeszowskiej TVP. Cóż, takie były czasy, ale chyba jakoś się udawało, skoro po latach w podręczniku dla studentów dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego przeczytałem, że byłem prekursorem felietonu telewizyjnego w Polsce.

Warto czasem czytać podręczniki, bo można się z nich dowiedzieć ciekawych rzeczy, niekiedy nawet o sobie.

6
Pracę w „Życiu Przemyskim” wspominam z sentymentem. Tworzyliśmy wtedy zgrany zespół, który po zamknięciu kolejnego numeru zgodnie udawał się do ulubionej knajpki, w której brylował niezapomniany Edward Kmiecik, artysta plastyk, rysownik i nasz redaktor graficzny, obdarzony nietuzinkowym poczuciem humoru. To właśnie Edek w postnych czasach PRL-u kroił w małej redakcyjnej pakamerze zimną kaszankę na cienkie plasterki przy pomocy nożyczek, by każdy miał bodaj na ząb, powtarzając przy tym z przekonaniem, że jego koledzy, którzy nie zagryzali, już nie żyją. Stanowiliśmy zespół przyjazny sobie i ludziom, w którym nie było tej przysłowiowej, przypisywanej rodakom „żółci”. A swoją drogą, to dopiero teraz zauważyłem, że wyraz „żółć” składa się z… samych polskich liter.

Redakcja mieściła się w historycznym Domu Robotniczym, dużym gmachu wybudowanym w latach 1911–1913 ze składek robotników. W budynku miało siedziby kilka instytucji, także przemyski oddział „Nowin” (wtedy jeszcze „Nowin Rzeszowskich”), ale przede wszystkim Komitet Miejski PZPR. On był tu głównym najemcą i gospodarzem.

Jak wiadomo, partia rządziła wtedy całym krajem, więc komitet miejski rządził całym Przemyślem, w tym całym Domem Robotniczym wraz z mieszczącym się na parterze bufetem, niestety bezalkoholowym. W siermiężnych czasach PRL bufet był miejscem ważnym, choćby dlatego, że w sklepach półki świeciły pustkami, a tu dało się kupić co nieco, choć szału nie było. Wprawdzie opinia w mieście głosiła, że w „partyjnym” bufecie, znajdującym się w budynku komitetu, towarów musi być cała fura, ale rzeczywistość była o wiele bardziej zgrzebna.

Nie to jednak decydowało o randze owego bufetu. Przede wszystkim był on jakby kwintesencją tamtych czasów, miejscem absurdów żywcem przypominających filmy Stanisława Barei. Kiedy pierwszy raz trafiłem do tego przybytku rzekomej obfitości, uwagę moją zwróciła przede wszystkim pani Stenia, sprzedawczyni, skądinąd bardzo sympatyczna kobieta w średnim wieku, mająca wyraźną awersję do swego zawodu. Po prostu nie lubiła sprzedawać i trudno się jej dziwić, skoro nie bardzo miała co, bo towarów było jak na lekarstwo, a marną pensję dostawała niezależnie od tego czy sprzedała dużo, mało, czy wcale.

Bufet był ważny na tyle, że zawiadywał nim, z ramienia samego komitetu miejskiego, towarzysz – nazwijmy go – Fonfara. Była to bardzo odpowiedzialna funkcja, gdyż Fonfara musiał wiedzieć, ile towaru danego dnia rzucili do bufetu, podzielić to przez liczbę ludzi pracujących w tym budynku i takie dane podać pani Steni, która bez tego nawet nie rozpoczynała sprzedaży. Ona z kolei musiała przecież wiedzieć, ile może sprzedać na głowę pracownika zatrudnionego w tym budynku. Najczęściej sprawa dotyczyła bardzo wtedy poszukiwanej kaszanki, choć zdarzały się też towary jeszcze bardziej luksusowe, jak choćby kiełbasa końska, pojawiająca się najczęściej przed większymi świętami, jak 1 Maja, czy 22 Lipca.

Kiedy przychodziło się do bufetu z pytaniem, ile można kupić kaszanki, pani Stenia odpowiadała, powołując się na wytyczne swego dyspozytora. – Dzisiaj towarzysz Fonfara kazał dawać po kilowi – oznajmiała i nie było mocnych, by dała komuś więcej. Nawet wtedy, gdy pewnego razu w redakcji nie było jednego z dziennikarzy, który zachorował i zezwolił mi telefonicznie, bym wziął sobie jego porcję czarnej kichy. Kiedy powiedziałem to pani Steni, ona odparła grzecznie, acz stanowczo: – A skąd ja mogę wiedzieć, czy ten pana kolega nagle nie wyzdrowieje i nie przygoni po kaszankę? I co ja mu wtedy dam? No co?

Było w tym bufecie mało towarów, ale dużo zabawnych momentów, które spisywał Wacek Burzmiński, wieloletni i bardzo zasłużony dziennikarz „Nowin”, specjalista od sportu, ale i ja zapamiętałem kilka, których przytaczanie do dziś sprawia mi wielką frajdę. Pamiętam, że wróciłem kiedyś z terenu wyjątkowo przemarznięty. Wszedłem do pustego bufetu i mój dialog z panią Stenią wyglądał następująco:
– Dzień dobry pani Steniu. Czy jest coś ciepłego do zjedzenia? – zapytałem.
– Jest bigos, ale zimny – z grobową miną odparła pani Stenia.
– A nie można by go podgrzać?
– Raczej nie bardzo, bo przywieźli mi go w wielkim garze i jak przygrzewam, to on mi się przypala od spodu.
– A może by tak, pani Steniu, wziąć trochę bigosu do mniejszego naczynia i podgrzać? – drążyłem sprawę.

Tu sprzedawczyni i spojrzała na mnie wyraźnie już zniecierpliwiona i rzekła: – Wie pan co? To pan powinien tu pracować, nie ja!

Słynna też była odpowiedź pani Steni na pytanie o masło, też towar trudno dostępny. Gdy wchodził jakiś klient i pytał wprost, czy jest masło, to pani Stenia robiła ze zdumienia duże oczy i też pytała: – Gdzie?

Ten bufet to był miniaturowy obraz tamtych czasów. Z jednej strony smutnych – z racji szarej, przaśnej rzeczywistości, z drugiej wesołych – z powodu, że tak powiem, bezkresu bezsensu. Np. w wolną sobotę można było sobie pogadać z panią Stenią, która właśnie „odpracowywała” jakiś dzień swej nieobecności w tygodniu i piekielnie się nudziła. W całym budynku nie było przecież żywej duszy (z wyjątkiem 2-3 dyżurnych dziennikarzy), towaru ani grama, ale sprzedawczyni miała czyste sumienie, że odpracowała jeden z dni roboczych, w którym wzięła sobie wolne. Chociaż czasami wydaje mi się, że zarówno pani Stenia, jak i towarzysz Fonfara, także patrzyli na to z dużym przymrużeniem oka, świetnie przy tym grając swoje role w tym teatrze absurdu.

7
W 1975 r., gdy w Polsce przeprowadzono reformę administracyjną i powstały nowe województwa, w tym przemyskie, zostałem korespondentem krajowym Polskiej Agencji Prasowej, zachowując też pracę w tygodniku „Życie Przemyskie”.

PAP była zupełnie nowym wyzwaniem. Sam obsługiwałem wszystkie najważniejsze imprezy i wydarzenia, jakie miały miejsce w całym województwie przemyskim, a zdarzało się, że musiałem jechać na Ukrainę, by obsłużyć wydarzenia we Lwowie. Był bowiem taki czas, że PAP nie miała korespondenta w Kijowie.

Praca w agencji to praktycznie 24-godzinna dyspozycyjność, którą można sobie zapewnić tylko dzięki dobrym kontaktom z rzecznikami prasowymi, głównie policji, Straży Granicznej, Straży Pożarnej itp. Ponadto trzeba też było mieć swoje „wtyczki”, gdy coś zdarzyło się nocą. Tego rodzaju dyspozycyjność skutkowała u mnie „schorzeniem telefonicznym”, jak sam nazwałem tę „jednostkę chorobową”, polegającym na tym, że kiedy dzwonił telefon, o różnej porze dnia i nocy, to odczuwałem nerwowy skurcz żołądka. Nigdy bowiem nie było wiadomo, czy dzwoni ktoś miły w prywatnej sprawie, czy też będzie to wiadomość np. o jakimś wypadku czy katastrofie.

Mniej więcej połowa mego czasu przepracowanego w PAP przypadła na okres PRL, a połowa na wolną już Polskę. W tym pierwszym okresie ważne były m.in. relacje z różnych świąt państwowych, z 1 Maja na czele. Każdego roku, w przeddzień Święta Pracy, wszystkie oddziały PAP dostawały instrukcję obsługi, zwykle taką samą co roku, ale zawsze z zaleceniem, by pierwsze sygnały dotarły do centrali w Warszawie jak najwcześniej. W początkowym okresie pracy w PAP korzystałem ze wspomnianego już dalekopisu. Młodzieży dziennikarskiej należy się wyjaśnienie, że było to wielkie i bardzo głośne urządzenie, na którym pisało się bez polskich znaków, zapisując tekst na taśmie perforowanej.

Przeczytałem kiedyś, że dziennikarze agencyjni w Stanach Zjednoczonych stosowali specjalną metodę, która umożliwiała im wyprzedzenie konkurencji i jak najszybsze nadanie wiadomości. Np. podczas wyborów prezydenckich perforowali na taśmie dwie wiadomości. Jedną o zwycięstwie pana X, drugą o wygranej pana Y, żeby potem nie tracić już czasu na pisanie. W momencie ogłoszenia wyników natychmiast naciskali guzik i puszczali odpowiednią taśmę, dzięki czemu ich relacja ukazywała się jako pierwsza, co w Ameryce miało odpowiednik w gratyfikacji dziennikarza. U nas oczywiście także zawsze liczył się pośpiech, który jednak nie przekładał się na wysokość honorarium. Niemniej ambicja podpowiadała, żeby wygrać ten wyścig.

Postanowiłem zatem skorzystać z „amerykańskich wzorów” i relacje ze świąt typu 1 Maja pisałem… poprzedniego dnia. I nie miało to ujemnego wpływu na ich jakość. W Przemyślu podobnie jak w innych miastach, Święto Pracy zawsze obchodzono tak samo. Rozpoczynała je orkiestra dęta kolejarzy pod batutą Włodzimierza Steciaka, pedagoga i muzyka, dla którego nie miało znaczenia komu i z jakiej okazji gra. On kochał muzykę i uważał, że gra dla ludzi. A ludzie byli mu wdzięczni, gdy od rana przez peerelowską rzeczywistość przebijały się radosne dźwięki orkiestry dętej. Więc gdy tylko sprawdziłem, że Steciak z orkiestrantami wyruszyli na ulice Przemyśla, a było to zwykle ok. godz. 6 rano, to pędziłem do redakcji, naciskałem guzik w dalekopisie i wio! – wiadomość szła do Warszawy, by już po chwili ukazać się na antenie Polskiego Radia. Bo radio-papuga, gadające na okrągło, najszybciej przekazywało takie informacje. A potem brały je inne media i cała Polska wiedziała, że w Przemyślu już gra kolejowa orkiestra Włodzimierza Steciaka.

8
Najważniejszym zadaniem w ciągu 32 lat mojej pracy w PAP, a na pewno tym, które mocno utkwiło w pamięci, była obsługa pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski w 1991 r., kiedy to 2 czerwca odwiedził także Przemyśl.

Wbrew pozorom i randze tego zdarzenia obsługa takiej wizyty jest relatywnie łatwiejsza od innych, często mniej ważnych zdarzeń. Przede wszystkim jest znakomicie przygotowana, poszczególne punkty programu są szczegółowo rozpisane, a dziennikarze mający akredytację dostają wcześniej tekst homilii, choć akurat w przypadku Jana Pawła II nie miało to większego znaczenia. Wiedzieliśmy przecież, że nasz papież często odchodził od napisanego tekstu, wprowadzał wiele dygresji, zmieniał poszczególne części i trzeba było pilnie śledzić jego przemówienie, by dopisać to, co dodał i skreślić to, co opuścił.

Przed przyjazdem Jana Pawła II w Przemyślu toczył się ostry spór, dotyczący przekazania grekokatolikom kościoła oo. Karmelitów Bosych, czyli słynnego przemyskiego Karmelu, dostojnie górującego nad miastem. Przed świątynią odbywały się protesty przeciwników przekazania kościoła i sprawa stała się głośna nie tylko w kraju. Tymczasem jednym z punktów pobytu papieża w Przemyślu była msza św. w kościele garnizonowym, z którego do tej pory „gościnnie” korzystali też grekokatolicy.

Tuż przed uroczystościami, które tym razem obsługiwałem już w towarzystwie dwóch koleżanek z Warszawy, podszedł do nas młody włoski ksiądz z biura prasowego Watykanu, który wręczył nam suplement do wcześniej otrzymanej papieskiej homilii. PAP dostała go pierwsza, a dopiero potem inne agencje i pozostałe media. Zaglądnąłem do tekstu i okazało się, że podczas mszy św. papież przekaże grekokatolikom „na wieczność” dotychczasowy rzymskokatolicki kościół garnizonowy. I tak też się stało, co było niemałym zaskoczeniem dla tłumów wiernych z Polski i Ukrainy, ale przede wszystkim wielką radością dla przemyskich grekokatolików. Decyzję Ojca Świętego przyjęli entuzjastycznie, zaś papież, swoim zwyczajem, wymknął się po mszy spod opiekuńczych skrzydeł ochroniarzy i ku ich przerażeniu podszedł do pielgrzymów zza wschodniej granicy, stojących za barierkami ochronnymi, ustawionymi w pobliżu kościoła. Nigdy nie zapomnę strachu w oczach ochroniarzy i niemal „łobuzerskiego” uśmieszku Jana Pawła II.

Wiadomość o przekazaniu rzymskokatolickiego kościoła na przyszły sobór św. Jana Chrzciciela w mig znalazła się w polskich i zagranicznych serwisach prasowych, gdyż wtedy mogłem już korzystać z komputera, który specjalnie do obsługi wizyty Ojca Świętego przywiozły koleżanki z centrali PAP. Była to też zapowiedź, że niebawem zostaną skomputeryzowane wszystkie oddziały terenowe.

Po transformacji ustrojowej w 1989 r. zmieniła się treść depesz, ale wydarzeń przybyło, bo czas był gorący, a agencja nas nie rozpieszczała. Np. kiedy w Polsce gościł prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko i przybył wraz z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim na otwarcie cmentarza greckokatolickiego w Pawłokomie k. Przemyśla, by oddać hołd spoczywającym na tej nekropolii 366 ukraińskim cywilom, zabitym w 1945 r. przez Polaków, na uroczystość zjechali dziennikarze z kraju i zagranicy. Bo mniej więcej w tym czasie we Lwowie otwierano bowiem Cmentarz Orląt i uroczystość w Pawłokomie miała szczególny wymiar polityczny. Nic zatem dziwnego, że poszczególne ekipy dziennikarzy prasowych, agencyjnych, radiowych i telewizyjnych liczyły po kilka osób. Ja byłem sam i musiałem zrobić nie tylko sygnały i relację, ale także sporo obrazków, migawek i okruchów, czyli drobnych informacji ukazujących koloryt i otoczkę tej uroczystości. I chyba się udało, bo następnego dnia dostałem za to… słowną pochwałę.

9
Nieustanny wyścig z czasem bywał męczący, ale lubiłem jednak tę trochę wariacką robotę. A wiadomo, że nie ma nic lepszego nadto, kiedy praca jest też pasją. I odwrotnie – nie ma nic gorszego, gdy praca staje się katorgą.

Może właśnie dzięki temu udało mi się nie przeoczyć żadnego ważnego wydarzenia na „moim” terenie. Ale Przemyśl to nie Warszawa, Szczecin czy Wrocław, gdzie papowcy muszą najczęściej dokonywać selekcji informacji, z powodu ich nadmiaru. U mnie bywały i takie dni, gdy życie nie przyniosło niczego istotnego i trzeba było poszukać wiadomości. Także wtedy, gdy nadchodziły święta Bożego Narodzenia, czy Wielkanocy i centrala w Warszawie zamawiała ponadczasowe informacje, które wykorzystywano w serwisach świątecznych. Z reguły były to wiadomości dotyczące kultury, m.in. ochrony zabytków, ciekawych znalezisk archeologicznych, a także ciekawostek przyrodniczych. Koledzy twierdzili, że miałem fioła na punkcie tych ostatnich. Fioł ten polegał na tym, co zresztą do dziś mi nie przeszło, że kiedy przylecą pierwsze bociany, czy zakwitną pierwsze wiosenne kwiaty, to wiem, że taka wiadomość sprawi ludziom radość, doda otuchy i nadziei. Tym bardziej wśród natłoku wiadomości o mordach, zboczeńcach, politykach-nieudacznikach itp. Nie wierzę bowiem nadmiernie lansowanej dziennikarskiej zasadzie, że „dobra wiadomość, to zła wiadomość”. Dlatego też w mediach pierwsze bociany najczęściej pojawiały się „u mnie”, czyli w okolicach Przemyśla, co wielu kolegów uznawało za moje niewinne kłamstewko. Otóż nic z tych rzeczy! Okolice Stubna k. Przemyśla nie bez powodu uznawane są za bocianią stolicę Polski, więc wystarczyło mieć w tej gminie dobrych informatorów, którzy niezwłocznie dzwonili, gdy tylko ujrzeli pierwszego boćka zwiadowcę. I taka informacja zawsze była wykorzystywana niemal przez wszystkie media.

Znając tę moją słabość, koledzy zrobili mi kiedyś kawał. Podrzucili notkę, którą sami wysłali, że gdzieś tam widziano pierwsze szpaki i bociany. Podobno miałem się wtedy zapomnieć i powiedzieć, że „w tej sytuacji to szpaki pier……, dajemy tylko bociany”. Stało się to potem sloganem, używanym wówczas, gdy jedno zdarzenie zasługiwało na odnotowanie, inne zaś nie za bardzo. Rzecz jasna na to inne mówiło się wtedy, że „to są szpaki” i tym nie warto się zajmować.

10
„Szpakami” nie była dla mnie natomiast konferansjerka, którą zacząłem parać się już podczas studiów. Najpierw było to tylko hobby, ale z czasem przekształciło się niemal w dodatkowy zawód, uprawiany równolegle z dziennikarstwem, choć rzecz jasna na dużo mniejszą skalę. I okazało się, że oba te zajęcia mają pewien związek.

Jako początkujący żurnalista robiłem wywiad z jednym z najsłynniejszych wtedy dziennikarzy muzycznych i królem polskich konferansjerów Lucjanem Kydryńskim. Umówiłem się z nim w Warszawie, w jakiejś niewielkiej kawiarni, w której miałem wielką tremę przed spotkaniem z tak znaną i cenioną postacią. Ale Kydryński okazał się wyrozumiały dla tremy młodego dziennikarza i niezwykle sympatyczny. A kiedy jeszcze zwierzyłem mu się, że sam też nieśmiało próbuję swych sił jako zapowiadacz, udzielił mi cennych rad, dodając otuchy w to, co robię. – Jak pan dobrze wie, najczęściej konferansjerami są aktorzy lub dziennikarze – powiedział. – I niech pan zapamięta, że z reguły dziennikarze są lepsi, gdyż oni wygłaszają własne teksty.

Spotkanie z Lucjanem Kydryńskim spowodowało, że nabrałem odwagi i zacząłem jeździć z estradą jako zapowiadacz, łącząc to z pracą dziennikarską. Z miejsc, w których byłem, mogłem bowiem przygotowywać też stosowne materiały do gazety. Tym bardziej że wyjeżdżaliśmy także za granicę, na początku do Związku Radzieckiego, później także do Niemiec, na Węgry, Ukrainę i do innych krajów, co zawsze niosło z sobą masę różnych zdarzeń, przygód i niespodzianek. Najczęściej zabawnych, a niekiedy także wzruszających, jak pewien epizod, który wydarzył się za wschodnią granicą i na długo utkwił mi w pamięci.

Mieliśmy występ w jakimś mieście, wtedy jeszcze w ZSRR, gdzie nasz program był świetnie przyjmowany przez publiczność, dla której w tamtych czasach zespoły z Polski były powiewem Zachodu. Po imprezie do garderoby przychodziło wiele osób z gratulacjami. Wśród nich pojawiło się młode małżeństwo, które przyniosło… butelkę wódki, do popicia butelkę wina, a na zakąskę pralinki. Zestaw, którego już sam widok mógł zwalić z nóg, ale uczynili to z serca, chcąc trochę z nami pogadać. I okazali się bardzo miłymi ludźmi. Dziwili się tylko, że w garderobie nie mam już takiego humoru, jak na scenie. Wytłumaczyłem im, że kiedy wyjeżdżałem z domu, to akurat zachorował mój kilkuletni synek. Wprawdzie nie było to nic poważnego, tylko jakieś przeziębienie, ale ponieważ nie mam łączności telefonicznej (dodzwonienie się stamtąd do kraju graniczyło z cudem), więc jestem trochę niespokojny. Spotkanie w garderobie było krótkie, bo nazajutrz ruszaliśmy wcześnie rano do następnej miejscowości.

I oto następnego dnia, gdy o barbarzyńskiej porze wsiadałem do autokaru, zauważyłem biegnące w moją stronę poznane wczoraj małżeństwo. Była chyba szósta rano i oni ledwie zdążyli, by przyjechać pod hotel i wręczyć mi jakieś zawiniątko. – To jest taki skromny prezent od nas dla twojego synka. Taka zabawka, może się ucieszy – powiedzieli i pokiwali na odchodne.

Po chwili autokar ruszył, a jeden z kolegów muzyków, obserwujący to zdarzenie, niespodziewanie wygłosił prosty komentarz. – Jacy dobrzy ludzie – powiedział. – Szkoda, że nie mają szczęścia do władzy… A władza jaka była, każdy widział. I co gorsze, władza też wszystko widziała i słyszała. Więc wchodząc do pokoju hotelowego, mieliśmy taki żartobliwy zwyczaj, że już w progu mówiliśmy głośno: – Raz, dwa, trzy, próba mikrofonu!

Ciekawe były też imprezy w kraju, np. wspaniała, do dziś organizowana, Biesiada Teatralna w Horyńcu Zdroju, którą przez wiele lat zapowiadałem. Ten przegląd amatorskich zespołów teatralnych małych form od samego początku skrzył się nazwiskami jurorów, wśród których byli m.in. prof. Aleksander Bardini, Agnieszka Osiecka, Jonasz Kofta, Andrzej Jarecki, Jerzy Markuszewski, Anna Chodakowska, Gabriela Kownacka, Adam Kreczmar, Jan Nowicki, Olgierd Łukaszewicz, Jan Peszek, Joanna Szczepkowska, Kazimierz Kaczor i wiele innych sław.

Pewnego wieczoru zebraliśmy się w kilka osób w klubie Gminnego Ośrodka Kultury, mieszczącego się w dawnym Teatrze Dworskim, w którym odbywała się „Biesiada”, by nieco odetchnąć po dniu pełnym spektakli i warsztatów. Był z nami Krzysztof Dominiak z przemyskiego Wojewódzkiego Domu Kultury, człowiek oblatany w artystycznym światku, organizator wielu imprez z udziałem czołowych artystów, z którymi miał niemal familiarne kontakty. Krzysiek z żoną otworzyli właśnie w Przemyślu pizzerię. Korzystając z obecności Agnieszki Osieckiej, delikatnie zagadnął ją, pół żartem pół serio, czy mogłaby wymyślić jakiś slogan reklamowy dla jego lokalu. Agnieszkę nie trzeba było długo prosić. Zwróciła się do mnie i powiedziała: – Jesteś w tym gronie jedynym prawnikiem, więc spisz umowę. Uczyniłem to niezwłocznie, sporządzając kontrakt na papierowej serwetce znajdującej się na stoliku. Treść była krótka i brzmiała mniej więcej tak: „Agnieszka Osiecka przekazuje Krzysztofowi Dominiakowi slogan reklamowy za 7 (słownie: siedem) kieliszków „Winiaku luksusowego”. Ilość kieliszków była zgodna z ilością osób znajdujących się wtedy przy naszym stoliku. Należy podkreślić, że „Winiak luksusowy” uchodził wówczas za jeden z najwykwintniejszych dostępnych trunków. Slogan zaś, który do dziś jest chlubą tej przemyskiej pizzerii i widnieje na honorowym miejscu, Agnieszka wymyśliła w mgnieniu oka: „Nasza pizza was zachwyca”.

„Biesiada Teatralna” w Horyńcu Zdroju była dobrym przykładem harmonijnego łączenia obowiązków dziennikarskich z rolą konferansjera. Będąc „w środku” tej imprezy, lepiej czułem jej wyjątkowy klimat, a relacje zawsze były wzbogacone o interesujące wypowiedzi znanych ludzi teatru, zasiadających w jury.

11
Kilka miesięcy po transformacji ustrojowej z 1989 r. przeszedłem z „Życia Przemyskiego” do Gazety Codziennej „Nowiny”, z którą jestem związany do dziś. W pierwszych miesiącach po transformacji było trochę zamieszania, głównie z powodu różnych ruchów „formalno-personalnych”. Najpierw zmieniono kierownika przemyskiego oddziału „Nowin”, którym przez wiele lat był Mieczysław Nyczek. Nowy kierownik też zbyt długo miejsca nie zagrzał i ostatecznie mnie powierzono tę funkcję. Najważniejsze było jednak to, że nie zmienił się trzon zespołu i tym samym przemyski oddział „Nowin” ostał się jako mocne ogniwo redakcji. Także w Rzeszowie pozostali najlepsi i najbardziej doświadczeni dziennikarze, dzięki czemu wichry historii nie zaszkodziły temu najstarszemu w regionie dziennikowi.

Będąc w „Nowinach”, nadal pracowałem w PAP, z którą rozstałem się w 2007 r. Ale cóż to było za rozstanie! W relacji z uroczystości Bożego Ciała w Przemyślu przytoczyłem fragment homilii metropolity przemyskiego ks. abpa Józefa Michalika, wtedy także przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, który mówiąc o konieczności ochrony życia od momentu poczęcia, zaznaczył, że „partia, która obecnie rządzi w Polsce, nie zdała egzaminu moralnego”. Partią rządzącą było wówczas PiS, o której hierarchowie Kościoła katolickiego wypowiadali się dotąd jak najlepiej, więc wiadomość natychmiast znalazła się na czołówkach serwisów prasowych, radiowych i telewizyjnych, w kraju i za granicą. I zaczęło się!

Nie wiem, ile w tym prawdy, ale ponoć u ówczesnego prezesa PAP Piotra Skwiecińskiego interweniowali ważni politycy PiS. Nie zdziwiłem się zatem ani trochę, gdy wkrótce polecono mi stawić się w oddziale PAP w Rzeszowie, dokąd prezes przysłał sympatyczną koleżankę, która wręczyła mi, z jego polecenia, dokument dotyczący rozwiązania umowy o pracę – uwaga! – „za porozumieniem stron”. I jeszcze z obietnicą pewnej kwoty pieniędzy na odchodne. Sądziłem, że prezes przynajmniej zaszczyci mnie telefonem, w którym zruga jak burego kota, wytłumaczy, że informacja była „nierzetelna” i dopiero wtedy wyrzuci dyscyplinarnie na zbitą gębę. A tu takie podchody!

I choć doradzano mi, abym nie podpisywał tego dokumentu, to uczyniłem to niezwłocznie. Wiedziałem, że prezes musi pozbyć się autora depeszy niemiłej dla władających wtedy Polską pisowców, jeśli sam nie chce narazić się władzy. Upewnił mnie w tym przekonaniu m.in. honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich red. Stefan Bratkowski, niewątpliwy autorytet w naszej branży, który powiedział w jednym z wywiadów, że „decyzja o zwolnieniu Jana Miszczaka to niemądra polityczna cenzura”. I dodał, że gdyby był na moim miejscu, napisałby tak samo. Było to miłe, ale najmilsze miałem dopiero przed sobą.

Oto najpierw Gazeta Codzienna „Nowiny”, a za nią inne największe i najpoważniejsze pisma w Polsce, najczęściej na pierwszych stronach, zamieściły informacje o podobnym tytule: „Po 32 latach pracy dziennikarz PAP zwolniony za cytat z homilii”. Dzwonili do mnie dziennikarze z różnych mediów, robili ze mną wywiady, pojawiały się moje zdjęcia. Krótko mówiąc, nigdy dotąd nie miałem takiej popularności i nikt nie był w stanie zrobić mi lepszego i bardziej uroczystego pożegnania z PAP, niż całkiem niezamierzenie uczynił to prezes. Miał przecież wręcz odwrotne intencje, a tu nagle taka feta!

Żeby zaś było jeszcze śmieszniej, to siedem lat później, 13 grudnia 2014 r., odbył się w Warszawie, zorganizowany przez Prawo i Sprawiedliwość, Marsz w Obronie Demokracji i Wolności Mediów. W marsz ten, broniąc wolności mediów(!), mocno zaangażował się były prezes PAP, teraz już jako redaktor jednego z prawicowych czasopism, co spotkało się z – najdelikatniej rzecz ujmując – ambiwalentną oceną środowiska dziennikarskiego. Pojawiło się bowiem stare pytanie, czy niezależny dziennikarz powinien stawać po którejkolwiek ze stron sceny politycznej? Mnie zaś cała ta „scena” raz jeszcze przypomniała niemal triumfalne odejście z PAP, urządzone przez kogoś, kto chciał mnie ukarać. Bo nieczęsto się zdarza, by z takim sentymentem (i trochę ironicznym uśmiechem) wspominać okoliczności rozstania się z bądź co bądź lubianą pracą.

12
Na szczęście są w tej pracy także inne miłe wydarzenia, typowo już relaksowe, jak choćby uwielbiane kiedyś przez liczne grono żurnalistów doroczne Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Koszykówce, odbywające się w Zakopanem.

Szczególnie jedne wryły się w moją pamięć, gdy w trakcie meczu nieopatrznie rzuciłem piłkę prawie z połowy boiska z tak dużą siłą, że ku memu ogromnemu zdumieniu i jeszcze większemu licznie zebranej publiczności wpadła ona wprost do… kosza przeciwników. Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale zrobiło to duże wrażenie. Na widowni zasiadał wtedy, pamiętam jak dziś, wypoczywający w Zakopanem Gustaw Holoubek. I był to jedyny, niepowtarzalny i wydawałoby się niemożliwy przypadek, kiedy Holoubek oklaskiwał mnie, a nie ja Holoubka.

Oczywiście na temat tych zawodów najwięcej mógłby napisać red. Ryszard Niemiec, w młodości jeden z najlepszych polskich koszykarzy, który grając potem z nami w dziennikarskich barwach Rzeszowa, brylował na boisku, dzięki czemu nasza reprezentacja zajmowała czołowe lokaty. Zawodom towarzyszyły wieczorne imprezy integracyjne i zapewne z tego powodu byli wśród uczestników tego wspaniałego turnieju i tacy koledzy, którzy twierdzili, że byłby on jeszcze lepszy, gdyby nie ta… koszykówka.

Niezapomniane były też mecze piłki nożnej, np. między aktorami i dziennikarzami, rozgrywane na stadionie rzeszowskiej „Stali”. Ale najwyższą rangę miał międzynarodowy turniej dziennikarzy w Bratysławie. Pewnego razu zakończył się on wyjątkowo udanym bankietem, trwającym do późnej nocy, po czym z marszu, a konkretniej wprost z sali biesiadnej, ruszyliśmy naszym autokarem w drogę powrotną, trochę zmęczeni wyczynami sportowymi, tudzież pożegnalną kolacją przy muzyce cygańskiej kapeli.

Nad ranem wjechaliśmy w Wysokie Tatry. Wielu kolegów musiało już niebawem pojawić się w swych redakcjach. Najbardziej śpieszył się red. Adam Socha z Polskiego Radia Rzeszów, który tego dnia, jako sprawozdawca sportowy, miał prowadzić transmisję z meczu I-ligowej wtedy „Stali” Mielec, mającej w składzie m. in. Grzegorza Latę, Henryka Kasperczaka i innych znakomitych piłkarzy.

Na dworze panowały jeszcze ciemności, a pasażerowie przysypiali na fotelach. Nagle autokar zatrząsł się, zjechał na pobocze i zatrzymał, a kierowca oświadczył, że złapaliśmy gumę. Nie to jednak było najgorsze. Przygnębiająco zabrzmiało dopiero szczere wyznanie kierowcy, który wyjawił, że nie ma koła zapasowego ani żadnego sprzętu do ewentualnego załatania dętki. – Nie mam nawet podnośnika – powiedział, bezradnie rozkładając ręce. Nie zapomnę przerażenia malującego się na twarzy Adama, a także wielu innych kolegów, do których raptem dotarło, że dojazd do Polski może potrwać bardzo długo i wszystkie zaplanowane na ten dzień sprawy są poważnie zagrożone. Nie mieliśmy wówczas telefonów komórkowych, droga była pusta i ciemna, rozświetlana jedynie przemykającym między wierzchołkami księżycem, a od najbliższej miejscowości dzieliło nas wiele kilometrów.

Nie wiem, co mnie wtedy tknęło, że ni stąd ni zowąd zapytałem zdenerwowanych kolegów, czy znają… głos oryginalnej peruwiańskiej piszczałki. Popatrzyli na mnie wzrokiem psychiatrów, ja zaś wykonałem swój stary, popisowy numer, gwiżdżąc na palcach, niczym na piszczałce, znaną melodię „El condor pasa” („Przelot kondora”). Zupełnie podświadomie, nie wiedząc wtedy jeszcze o tym, że jest to utwór opiewający peruwiańską legendę, w której śpiewak wzywa potężnego andyjskiego kondora, by przeniósł go z powrotem do pradawnego królestwa Machu Picchu.

I choć sytuacja była dramatyczna, to nie macie pojęcia, jak pięknie echo niosło tę melodię po nocnych, rozespanych jeszcze górach…

Komentarze

Jeden komentarz do “Jan Miszczak: Z wysypiska wspomnień”

  1. Adam
    środa, 8 - Mar - 2017, godz. 19:37

    Wspaniały dziennikarz, doskonały konferansjer, porządny człowiek. Jasiu! Pozdrawiam Cię z całego serca i pełnej szklaneczki. Wybieram się do Polski i mam nadzieję na spotkanie.
    Z poważaniem
    Adam Tułacz

Pozostaw komentarz:





  • POLECAMY

  • SZLIF

    „Szlif”; Jest dla nich nadzieja!
    Powszechnie uważa się, że współczesną młodzież obchodzi tylko czubek własnego nosa. Całymi dniami wpatrzeni w smartfony, nie robią nic produktywnego. Nie mają wyrobionych poglądów, nie interesują się wydarzeniami na świecie czy w swojej ojczyźnie, a co dopiero w lokalnej społeczności.
    Na szczęście w jednym z wrocławskich liceów, a konkretnie w Ogólnokształcącym nr XIII im. Aleksandra Fredry, działa grupa uczniów, która jest idealnym zaprzeczeniem tego stereotypu. Ci młodzi adepci sztuki dziennikarskiej co miesiąc wydają kolejny numer gazety „Szlif”, która istnieje nieprzerwanie od 2002 roku. Czytaj więcej...
  • ***

    witryna4
    To miejsce przeznaczamy na wspomnienia dziennikarzy. W ten sposób staramy się ocalić od zapomnienia to, co minęło...

    Przejdź do Witryny Dziennikarskich Wspomnień

    ***

  • PARTNERZY

    infor_logo


  • FACEBOOK

  • Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska

    legitymacja Członkowie naszego stowarzyszenia mogą uzyskać legitymacje dziennikarskie (International Press Card) Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy FIJ (IFJ), z siedzibą w Brukseli.
  • Menu

  • Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy


    Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej jest organizacją członkowską Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy.
  • Tagi

  • ARCHIWUM